9.12.2017

Rozdział 63 - Witamy w Hogwarcie

Dla wszystkich którzy mieli wystarczająco cierpliwości i przez cały czas, czekali na nowy rozdział...


       Dni powoli mijały, w ciszy i monotonii. Powiedzmy. Jeśli wyłączyć ciągłe wizyty Jamesa i Syriusza, nieustanne, przynoszące powoli rezultaty treningi z Moodym i ciągłe kłótnie, z siostrą, która wróciła na ostatnie dwa tygodnie wakacji do domu. Tak. Lato jak każde inne. I jak każde poprzednie i ono musiało wreszcie dobiec końca. Tak więc trzy dni, przed powolnym i nieubłaganie zbliżającym się końcem wakacji, wyszłam z domu, ignorując wściekłe krzyki Petunii i pojechałam na ulicę Pokątną. W planach miałam spokojny dzień, spędzony na kupnie wszystkich potrzebnych przyborów i książek, a potem deser w kawiarni z Ann i Dorcas, których nie widziałam przez całe wakacje. Nie dane mi było jednak przeżyć tego dnia spokojnie.
       W pierwszej kolejności udałam się do Esów i Floresów, by zaopatrzyć się we wszystkie potrzebne książki. W tym roku, po zdaniu wszystkich SUM-ów na co najmniej ocenę P, postanowiłam kontynuować zielarstwo, obronę przed czarną magią, eliksiry, zaklęcia, transmutację, opiekę nad magicznymi stworzeniami oraz numerologię. Owszem, trochę tego było, ale cóż poradzić. Kiedy zaopatrzyłam się już we wszystkie książki, powolnym krokiem skierowałam się wzdłuż Pokątnej, by kupić potrzebne składniki do eliksirów. Właśnie wtedy, wpadłam na wysoką postać i przewróciłam się na ziemię. Znowu...
- Ała... - jęknęłam, pocierając bolącą rękę.
- Och, przepraszam - usłyszałam cichy, łagodny i jakże znajomy głos.
       Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się szeroko na widok stojącego przede mną blondyna.
- Remus! - wykrzyknęłam i podniosłam się z ziemi, by po chwili rzucić mu się na szyje w przyjaznym uścisku.
- Też się cieszę że cię widzę, Lily - dodał z uśmiechem, kiedy w końcu się od niego odsunęłam. Po chwili zmarkotniał odrobinę i dodał smutno - Chyba powinnaś już iść, jeśli nie chcesz się widzieć z Jamesem.
       Popatrzyłam na chłopaka, zastanawiając się o czym mówi, gdy zdałam sobie nagle sprawę z tego, że prawdopodobnie nie jest świadomy tego, iż pogodziłam się z Potterem. Na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech i już otwierałam usta, by wszystko mu wyjaśnić, gdy nagle przerwał mi donośny krzyk dobiegający zza moich pleców:
- Evans!
       Odwróciłam się w samą porę, by dostrzec piękne orzechowe tęczówki i promienny uśmiech, nim zostałam zamknięta w szczelnym uścisku.
- Tak się za tobą stęskniłem - stwierdził chłopak, przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej.
      Słysząc te słowa cicho prychnęłam i odparłam ze śmiechem:
- Widziałeś mnie zaledwie wczoraj więc już może nie przesadzaj, co?
       W końcu chłopak mnie puścił i obdarzył promiennym uśmiechem, a ja poczułam, że odpowiadam mu tym samym. Po chwili do naszej gromadki zbliżył się Syriusz i równie przyjaźnie mnie uściskał. Remus patrzył na to z nieukrywanym zdumieniem, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa, a kiedy wreszcie mu się udało, stwierdził:
- Widzę że się pogodziliście.
- Jakoś tak się złożyło - odparł z szerokim uśmiechem Potter.
- I nie raczyłeś mi o tym powiedzieć? - zapytał oburzony Lunatyk.
- Przepraszam. Jakoś tak wyszło - odparł niewinnie, a po chwili oberwał książką w głowę - Ała... Ej!
- Zasłużyłeś sobie - mruknął Lupin a cała gromadka parsknęła śmiechem.
- To gdzie idziecie? - zapytałam chłopaków.
- Cóż... Mamy się spotkać z Glizdkiem w Dziurawym Kotle a potem kupić wszystko do szkoły. A ty gdzie się wybierasz? - zapytał Syriusz.
- Kupię jeszcze tylko składniki na eliksiry, a potem umówiłam się z Ann i Dorcas.
- A gdzie!? - wykrzyknął podekscytowany Black - Może się przyłączymy?
- Mowy nie ma! - wykrzyknęłam ze śmiechem - To babskie spotkanie. Czyli faceci - WON.
- Dobra, już dobra - odparli chłopcy ze śmiechem, po czym pożegnali się ze mną i ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach.
       Szybko zaopatrzyłam się we wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyłam do kawiarni na spotkanie z dziewczynami. Właśnie rozglądałam się po kawiarni, gdy nagle ktoś rzucił mi się na plecy. Pisnęłam przerażona nie mogąc utrzymać równowagi i przed upadkiem uchroniły mnie jedynie długie, opalone ręce.
- Ann... Uspokoiłabyś się wreszcie - usłyszałam obok siebie głos Dorcas.
- Ale przecież ja jestem spokojna - odparła moja przyjaciółka, czepiając się moich pleców jak ostatniej deski ratunku.
       Stęknęłam cicho, czując jej ciężar i głowiąc się co się właściwie dzieje.
- Zejdź z niej - powiedziała Dorcas patrząc zdecydowanym wzrokiem na Ann.
- Nie ma mowy! To mój konik. Zawiezie mnie tam gdzie chcę. Prawda koniku? - zapytała mnie Lorens, a ja spróbowałam na nią spojrzeć i powiedzieć jej, że zdecydowanie nie uda mi się tego zrobić.
       Skończyło się to tym, że omal nie wywróciłabym się na podłogę, przed czym na szczęście w ostatniej chwili uchroniła mnie Czarna.
- Ann!
- Też cię kocham Dorcuś - powiedziała Lorens, śmiejąc się do niej z wysokości moich pleców.
- Mogłabyś... Zejść ze mnie? - stęknęłam - Nie mam aż tyle siły żeby cię dźwigać. Poproś Lupina jak go spotkasz...
- Co? Remus? Jest tu? - pisnęła spanikowana natychmiast zeskakując mi z pleców.
       Wydałam z siebie ciche westchnienie ulgi, kiedy przygniatający mnie do ziemi ciężar zniknął. Spojrzałam nic nierozumiejącym wzrokiem na Meadowes, która posłała mi tylko figlarny uśmiech.
- Może wreszcie usiądziemy, co ty na to Ann? - zaproponowała patrząc na nią z politowaniem.
- Jasne - odparła dziewczyna, po czym usiadła przy najbliższym wolnym stoliku.
       Popatrzyłyśmy na siebie z Dorcas i tylko pokręciłyśmy głowami z niedowierzaniem, po czym dosiadłyśmy się do naszej blond włosej przyjaciółki.
- Jak wam minęły wakacje? - zapytałam, kiedy już usiadłam na krześle i zamówiłam sobie deser.
- Cudooownie - wyjęczała mi rozanielona Ann z rozmarzonym uśmiechem na ustach.
       Popatrzyłam na Dorcas z wymownym uśmiechem, na co ona odpowiedziała mi dokładnie tym samym.
- A co się takiego stało że było ta cudoooownie - przedrzeźniłam ją. - Czyżby to była sprawka jakiegoś chłopaka?
       Na policzkach Ann pojawiły się delikatne rumieńce, które aż nazbyt dobitnie odpowiedziały mi na zadane pytanie.
- Czyżby ten chłopak był inteligentnym, wysokim blondynem z przepięknymi błękitnymi oczami? - zapytała konspiracyjnym szeptem Dorcas nachylając się nad Lorens, której policzki zarumieniły się jeszcze bardziej.
- Możliwe - odpowiedziała cicho odwracając głowę.
       Dorcas spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem na ustach, po czym przybiłyśmy sobie piątkę.
- Nareszcie - stwierdziłam z ulgą. - No ileż można było czekać no...
- Właśnie - poparła mnie Dorcas. - Już myślałam, że trzeba was będzie siłą gdzieś zaciągnąć, zamknąć i nie wypuszczać, póki się nie pocałujecie.
       Ann popatrzyła ze zdumieniem to na mnie, to Meadowes, po czym ze śmiechem mocno nas obie uściskała.
- Dziękuję dziewczyny - powiedziała patrząc na nas z tym swoim niewinnym, anielskim uśmiechem. - Nawet nie wiecie jak jestem wam wdzięczna za to, że byście to zrobiły.
       W odpowiedzi przewróciłyśmy tylko z Dor oczami, po czym przeszłyśmy do ciekawszych tematów.
- Więc opowiadaj co się stało i jak było - popędziła ją Dorcas, na co lekko ją szturchnęłam. Popatrzyła na mnie tym swoim wzrokiem niewiniątka, na co tylko westchnęłam i wsłuchałam się w opowieść Ann.
- Zaraz po powrocie z wakacji wyjechałam z rodziną na miesiąc do Turcji. Już pierwszego dnia mojego pobytu tam, dostałam sowę od Remusa z pytaniem jak spędzam czas, co porabiam i ogólnie tego typu rzeczy. Przez miesiąc codziennie wymienialiśmy się listami, a kilka dni przed moim powrotem, zaproponował, żebyśmy po moim powrocie się spotkali, na co oczywiście się zgodziłam - opowiadała Ann z łagodnym uśmiechem na ustach. - Przyszedł po mnie po południu, po czym zabrał mnie na kilkugodzinny spacer po lesie. Po kilku godzinach byłam już nieco zmęczona, jednak nie chciałam przerywać rozmowy narzekaniem. Luniek chyba jednak jakoś wyczuł że jestem zmęczona, ponieważ po paru minutach dotarliśmy na śliczną, niewielką polankę w środku lasu, przez którą przebiegał niewielki strumyk. Rozejrzałam się z zachwytem w okół, gdy nagle dostrzegłam koc piknikowy kilka kroków dalej. Po chwili, ku mojemu zdziwieniu, Remus poprowadził mnie dokładnie w tamtym kierunku. Wyciągnął koc, rozłożył go, po czym wyjął całe jedzenie, które przygotował. Pachniało wybornie. A uwierzcie, że smakowało milion razy lepiej - opowiadała, a ja poczułam, jak ślinka napływa mi do ust.
- Skończ! - krzyknęła Dorcas, zasłaniając uszy rękoma. - Nie opowiadaj więcej o jedzeniu, bo zaraz zrobię się głodna.
       Ann roześmiała się tylko z reakcji przyjaciółki, po czym kontynuowała swoją opowieść.
- W każdym razie siedzieliśmy tam przez kilka godzin, jedząc, śmiejąc się i spędzając miło czas. W pewnym momencie, słońce zaczęło się już nieco chować za drzewami. Kiedy przyjrzałam się wtedy Lunatykowi wydawał się być tak piękny i przystojny - jęknęła rozmarzona dziewczyna - Jego włosy przybrały głębszy, miodowo-złocisty kolor a oczy skrzyły się tak jasno, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Patrzyłam się na niego przez cały czas. Gdy ostrożnie się do mnie zbliżał. Kiedy unosił mój podbródek wyżej.
       Wstrzymałam oddech czekając na kulminacyjną część opowieści.
- A potem mnie pocałował. Najpierw delikatnie i nieśmiało, jakby nie do końca był pewien, czy wszystko dobrze robi. Ale potem... - z ust Ann uleciało ciche westchnięcie - Potem ten pocałunek się zmienił. Był bardziej... Zachłanny... Namiętny... To było niczym rażenie piorunem. Coś... Coś niesamowitego... Nie umiem opisać tego słowami, tak by oddać głębię wszystkiego co się tam stało - wyszeptała, wpatrując się w przestrzeń zamglonym wzrokiem.
       Ja i Dorcas popatrzyłyśmy na siebie z szerokimi uśmiechami, a w naszych głowach krążyło tylko jedno słowo. Nareszcie.
- No,no... Więc nareszcie się doczekaliśmy - powiedziała ze śmiechem Dorcas - No bo ile można było na was czekać...
- Ej... - Oburzyła się Ann - I tak nie zajęło nam to tyle czasu ile zajmuje wciąż pewnej parze - wypomniała patrząc na mnie wymownie.
- Wypraszam sobie! - wykrzyknęłam oburzona - Mnie w to nie mieszaj. Ja nie byłam, nie jestem, ani nie będę nigdy z Jamesem - odparłam, bardziej z przyzwyczajenia, niż na prawdę wierząc w te słowa. Chyba nie ja jedyna, miałam takie podejście do całej sprawy, ponieważ dziewczyny popatrzyły na mnie z wymownymi uśmieszkami,  wyniku których, skóra moich policzków delikatnie poczerwieniała.
- A jak twoje wakacje Dor? - zapytałam szybko, by odwrócić od siebie uwagę dziewczyn.
- Całkiem przyjemnie - odparła Czarna - Hiszpania jest naprawdę śliczna. Cudowne plaże, dużo słońca. No ale przede wszystkim niewiarygodnie gorący faceci - jęknęła tęsknie - Chyba po raz pierwszy w życiu, żałowałam, że Syriusz jest moim chłopakiem - dodała ze zbolałą miną, na co razem z Ann się roześmiałyśmy a Dor puściła nam oczko.
- A jak tam ci się swoją droga z nim układa? - zapytała ciekawa Lorens.
       Już po chwili pożałowałyśmy, że padło to pytanie, gdyż mina Dorcas niemal natychmiast spochmurniała.
- Wszystko w porządku między wami? - zapytałam niepewnie.
       Meadowes przez chwilę wahała się z odpowiedzią, nie wiedząc co dokładnie powinna powiedzieć. Po chwili jednak potrząsnęła lekko głową i odparła:
- Właściwie to nie do końca wiem - przyznała. - Niby rozstaliśmy się w dobrych relacjach, jednak nie widzieliśmy się przez całe wakacje. Niby pisaliśmy ze sobą i w ogóle, ale...
- Ale co? - zapytała zmartwiona Lorens, kładąc przyjaciółce rękę na ramieniu.
- Chodzi o to, że... Ech... Boję się chyba po prostu, że przez te dwa miesiące znalazł sobie kogoś innego i nie będzie mnie już chciał.
- CO!? - wykrzyknęłyśmy obie z Ann.
- Nie! Nawet tak nie myśl - powiedziała szybko Lorens - Nigdy nie znalazłby sobie kogoś lepszego od ciebie. Nie mógłby! - zapewniła ją żywiołowo.
       Spojrzałam na moją czarnowłosą przyjaciółkę i nie mogłam powstrzymać delikatnego uśmiechu pojawiającego mi się na ustach. Gdyby tylko wiedziała, że Syriusz dosłownie kilka dni temu, po otrzymaniu jednego z jej listów, panikował w taki sam sposób. Przez cały dzień zadręczał mnie i Rogacza pytaniami, co powinien zrobić, jak się zachować, jeżeli ona znalazłaby sobie kogoś innego. Po kilku godzinach w końcu udało nam się z Potterem nieco go uspokoić, ale i tak wciąż był niespokojny i martwił się, czy jego dziewczyna nie znalazła sobie lepszej partii. Uśmiechnęłam się delikatnie i objęłam mocno przyjaciółkę, chcąc dodać jej otuchy.
- Mogę cię zapewnić, że Syriusz przez całe wakacje, ani myślał spojrzeć na żadną inna dziewczynę tak, jak patrzy na ciebie.
- Skąd wiesz? - zapytała mnie przybita Dorcas.
- Ponieważ spotykałam się z nim i z Jamesem niemal przez całe wakacje - odparłam z szerokim uśmiechem.
       Dziewczyny przez dobrych parę chwil patrzyły na mnie osłupiałe. W tym czasie kelner przyniósł nasze zamówienie, wiec puściłam Dor i zabrałam się za jedzenie mojego cytrynowego deseru. Minęło dobrych kilka sekund nim moje współlokatorki odzyskały mowę.
- Czy ty właśnie powiedziałaś... - zaczęła niepewnie Ann.
- Że przez większość wakacji, spędziłaś czas w towarzystwie Syriusza i Jamesa? - dokończyła Dorcas.
- Mhm... - potwierdziłam z łyżeczka w ustach.
- Z Jamesem!? - wykrzyknęła Ann. - Ale przecież... Wy...
- Nie rozmawialiśmy ze sobą? - dokończyłam usłużnie gdy przełknęłam lody. - Owszem - przyznałam. - Jednak kiedy spotkaliśmy się na Tygodniu mody w Londynie w jednej z dyskotek, po prostu...Ech.. Nie wiem jak to ująć - przyznałam.
- Co się tam stało? - zapytała z przejęciem Ann, a na jej policzkach pojawiły się wypieki. Westchnęłam więc tylko i postanowiłam opowiedzieć przyjaciółkom o tamtym wieczorze.
- Zaczęło się od tego, że nowa znajoma przekonała mnie, że powinnam przestać przejmować się sprawą z Jamesem i iść się rozerwać, bo wszystko samo się ułoży. Wybrałyśmy się na jedną w imprez. Tańczyłam przez jakiś czas ze spora ilością partnerów, gdy w pewnym momencie zaczepił mnie Syriusz i poprosił do tańca. Nie miałam nic przeciwko, jednak wiedziałam, że gdzie jest Black... Tam będzie i Potter - powiedziałam z delikatnym drżeniem głosu. - Wtedy... Jakimś cudem nagle wpadłam w jego ramiona. To... to było coś naprawdę niesamowitego - wyszeptałam, nie patrząc na twarze przyjaciółek, a zamiast tego, wpatrując się w łyżeczkę, którą powoli grzebałam w lodach - Kiedy staliśmy tak, tańcząc, poczułam się tak, jakbym przez cały ten czas spędzony z daleka od niego, się dusiła i nie mogła zaczerpnąć tchu. Kiedy stanął przy mnie i przyłożył swoje czoło do mojego, po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że mogę odetchnąć i się uspokoić. To było... Niezwykłe. Jakbym wreszcie znalazła coś, co utraciłam. Jakbym wreszcie znalazła miejsce którego od dawna szukałam.
       Podniosłam niepewnie oczy na dziewczyny, które wymieniały się szerokimi uśmiechami. Po chwili spojrzały na mnie z politowaniem i rzuciły mi się na szyje tak, że krzesło na którym siedziałam niemal się przewróciło. Przechodzący obok nas kelner i pozostali klienci, patrzyli na naszą trójkę z szerokimi uśmiechami na twarzy.
- Dobra już dobra - mruknęłam ze śmiechem. - Puśćcie mnie już. Duszę się - jęknęłam.
       Dziewczyny roześmiały się i spojrzały na mnie wesoło.
- Czyli wreszcie się przyznałaś! - zawołała rozradowana Ann.
- Do czego? - zapytałam nie do końca rozumiejąc o co im chodzi.
- No że zakochałaś się w Potterze! - powiedziała Dorcas tonem, jakby powinno to być dla mnie oczywiste.
       Popatrzyłam niepewnie na swoje splecione ręce, którymi nie przestawałam sie bawić od momentu, kiedy opowiedziałam o wszystkim dziewczynom.
- To... To nie tak... - wyjęczałam. - Zależy mi na nim - przyznałam. - Jednak... Jeszcze jest za wcześnie by nazwać to miłością - westchnęłam cicho - Potrzebuję jeszcze nieco czasu, żeby mieć pewność.
       Uniosłam wzrok i napotkałam szczęśliwe spojrzenia dziewczyn.
- Jesteśmy już bliżej niż dalej - stwierdziła ze śmiechem Dorcas.
- Na pewno bliżej niż rok temu - przyznała również roześmiana Ann.
       Patrząc na dziewczyny, wiedziałam, że będą mnie wspierać przez całą tą moją burzliwą drogę z Jamesem. Poczułam wdzięczność do przyjaciółek i uśmiechnęłam się szeroko, po czym uniosłam szklankę z napojem.
- Wypijmy za to - powiedziałam ze śmiechem - I za to, że jesteśmy coraz bliżej.
       Stuknęłyśmy się szklankami, roześmiałyśmy i wypiłyśmy napoje.
       Coraz bliżej, pomyślałam.

***

       Powoli odliczałam kolejne dni do końca wakacji. Aż w końcu nadszedł ten cudowny środowy poranek. 1 września. Znany powszechnie jako koniec dziecięcej wolności i dzień zwiastujący nadejście nowego, kolejnego już roku szkolnego. Dla wielu dzieciaków był to dzień żałoby. Jednak nie dla mnie. Już od wielu dni, nie mogłam doczekać się nadejścia tego poranka. Powrót do Hogwartu. Nareszcie.
       Usiadłam na kufrze, próbując go dopiąć. Z tak ogromną ilością książek i ubrań, nie dziwił mnie fakt, iż nie chciał się zamknąć. Tak to już bywa, kiedy ma się zbyt wiele rzeczy a za mało miejsca na spakowanie wszystkiego. Żałowałam, że nie pomyślałam o tym w czasie zakupów na Pokątnej i nie kupiłam sobie magicznie powiększanego kufra. Wiedziałam, że nie jest to tanie, ale mogłoby mi posłużyć przez kolejne dziesięć lat.  Westchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie udało mi się dopiąć walizkę. Wstałam i rozejrzałam się po pokoju zastanawiając się przy tym czy niczego nie zapomniałam. Spojrzałam na zegarek i dostrzegając że została mi nie cała godzina do odjazdu pociągu, szybko złapałam kufer w rękę i zbiegłam po schodach.
- Gotowa do drogi? - zapytała mnie mama, patrząc na mnie zza kuchennego stołu z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Oczywiście że tak - odparłam, posyłając jej przy tym promienny uśmiech.
       Złapałam w rękę kanapkę i szybko ją pochłonęłam, a mama widząc to, szczerze się roześmiała. Spojrzałam na jej profil znad kuchennego blatu i uśmiechnęłam się nieświadomie. Po chwili wstałam i podeszłam do niej i uściskałam jej drobną sylwetkę.
- Będę tęsknić - wyszeptałam, nadal się do niej przytulając.
- Ja też skarbie - wyszeptała, głaszcząc mnie łagodnie po plecach.
       Kiedy się odsunęłam przeczesała mi włosy palcami, w wyniku czego po chwili spoczęło na niej moje śmiercionośne spojrzenie, na którego widok tylko ponownie się roześmiała
- No już. Zbieraj się - pogoniła mnie mama, trzepiąc mnie po głowie kuchenną ścierką, a ja ze śmiechem na ustach pobiegłam do pokoju.
       Po kilku minutach stałam już zwarta i gotowa do wyjazdu i żegnałam się z mamą. Petunia jeszcze nie wstała, co niezmiernie mnie ucieszyło, gdyż nie musiałam z samego rana wysłuchiwać jej krzyków. Po raz ostatni uściskałam mamę i wyszłam z domu machając jej jeszcze na pożegnanie. Stanęłam na podjeździe i rozejrzałam się, a nie dostrzegając nikogo, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i szybko nią machnęłam. Nie czekałam długo, a już po chwili, moim oczom ukazał się Błędny Rycerz. Z wesołym uśmiechem podałam kufer młodemu chłopakowi, który sprzedał mi bilet i szybko weszłam do pojazdu. Zajęłam jedno z miejsc blisko drzwi i patrzyłam jak krajobraz za oknem szybko przelatuje mi przed oczami. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zatrzymaliśmy się przed dworcem Kings Cross i wysiadałam już z pojazdu. Szybkim krokiem udałam się w kierunku peronu 9 i 3/4, a kiedy przeszłam przez ceglaną ścianę, która w rzeczywistości była magicznym przejściem, nabrałam w płuca haust powietrza. Uśmiechnęłam się automatycznie wyczuwając specyficzną woń sów, kufrów, starych ksiąg i toreb, połączonych z zapachem dymu z lokomotywy.
       Rozejrzałam się po peronie szukając znajomych sylwetek, gdy ktoś mnie potrącił i niebezpiecznie się zachwiałam, jednak w porę zostałam uratowana przez parę rąk. Odwróciłam się by zobaczyć, kto mnie złapał i mu podziękować, jednak zamarłam w pół ruchu dostrzegając zarówno tak znajome jak i obce czarne oczy. Przełknęłam głośno ślinę i spuściłam wzrok. Szybko zgarnęłam kufer a razem z nim i sowią klatkę, po czym z cichym "Dziękuję" szybko uciekłam. Słyszałam za swoimi plecami, jak krzyczał moje imię, jednak dźwięk ten został szybko zagłuszony przez wszystkie inne obecne na dworcu. Tak się spieszyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy byłam na środku peronu. Wzięłam głęboki wdech by się uspokoić i w tej samej chwili usłyszałam jak ktoś krzyczy moje imię. Na powrót się spięłam, jednak kiedy rozpoznałam głos i osobę do której należał, nieco się rozluźniłam.
- Cześć Ann! - krzyknęłam wpadając w objęcia przyjaciółki, która biegła w moją stronę ze śmiechem. - Widziałaś już resztę?
       Blondynka w odpowiedzi skinęła głową i pociągnęła mnie za sobą. Już po chwili witałam się również z Remusem i Peterem. Po chwili rozejrzałam się w okół szukając reszty naszej bandy.
- Gdzie Dor? No i ci dwaj idioci?
       Remus słysząc określenie swoich przyjaciół uśmiechnął się lekko rozbawiony, jednak zanim zdążył coś powiedzieć niebieskooka mi odpowiedziała.
- Dorcas się nie pojawi. Przysłała mi z samego rana sowę. Podobno ma jakieś problemy w domu i musi zostać jeszcze jeden dzień, ale jutro powinna przyjechać. A głupi i głupszy jeszcze się nie pojawili - dodała nadymając usta, na co parsknęłam śmiechem.
- W porządku - rzuciłam, łapiąc rączkę kufra i zmierzając w stronę pociągu - Pospieszmy się i zajmijmy, jakiś przedział, póki jeszcze są jakieś miejsca.
       Już po kilku minutach, wszyscy kładliśmy kufry na półkach, a kilka minut później pociąg ruszył ze stacji. Zmarszczyłam zmartwiona brwi  i spojrzałam na Lunatyka i Glizdogona.
- Chłopaki. Nie wiecie co się dzieje z Syriuszem i Potterem? My już jedziemy, a ich nadal nie ma.
       W odpowiedzi otrzymałam jedynie zdezorientowane spojrzenie Glizdogona i zaniepokojone Remusa, który tylko lekko pokręcił głową w geście zaprzeczenia. Przygryzłam nerwowo wargę wyglądając za okno, ale peron już zdążył zniknąć mi z oczu. Niepewna, co powinnam zrobić, usiadłam na siedzeniu obok okna i po chwili zostałam wciągnięta w żywą dyskusję z Ann. Co jakiś czas patrzyłam na wejście do przedziału, mając nadzieję, że w każdej chwili mogą pojawić się w nim moi przyjaciele, jednak po nich, nie było nawet śladu. Stukałam zdenerwowana palcami o szybę, gdy Remus szturchnął mnie od boku przypominając o zebraniu prefektów w pierwszym przedziale. Skinęłam głową i wygoniwszy wcześniej chłopaków z przedziału, szybko się przebrałam i przypięłam do szaty odznakę prefekta. Kilka minut później byłam już w drodze na spotkanie prefektów, z Lupinem u boku. Popatrzyłam na niego i zmarszczyłam zmartwiona brwi. Blada cera, podkrążone oczy,senne spojrzenie i niepewne ruchy. No tak. Przecież jutro jest pełnia. Poczułam się jeszcze gorzej. Nie dość, że Syriusz i James gdzieś zniknęli, to jeszcze Remus był dodatkowo w fatalnym stanie. Westchnęłam zmartwiona myśląc o tym, jak chłopak poradzi sobie następnego wieczoru, jeśli do tego czasu Łapa i Rogacz się nie pojawią.
- Jak się trzymasz? - zapytałam cicho zatrzymując go niedaleko wejścia do pierwszego przedziały, gdzie z pewnością czekała już na nas McGonagall - Nie wyglądasz najlepiej. - powiedziałam nieco zaniepokojona.
- Nie. Jest w porządku. Poradzę sobie - powiedział słabo, a ja poczułam natychmiastową potrzebę by go uściskać, co też natychmiast zrobiłam.
       Remus wydawał się być nieco zaskoczony tak nagłym gestem, ale przyjął go z wdzięcznością, niemal osuwając się w moje ramiona. Choć był stosunkowo lekki, jak na chłopaka z jego wzrostem i wiekiem, okazało się, że i tak jest to dla mnie zbyt duży ciężar i cicho stęknęłam próbując utrzymać przyjaciela na nogach. Lupin szybko się zreflektował i po chwili stał już o własnych siłach, choć wciąż wyglądał blado.
- Może usiądziemy na chwilę i odpoczniemy? - zaproponowałam cicho, jednak Remus tylko pokręcił przecząco głową.
- Lepiej chodźmy. McGonagall nie będzie zadowolona jeśli się spóźnimy.
       Patrzyłam jeszcze przez chwilę niepewnie na Remusa, jednak ostatecznie skinęłam głową i ruszyłam za nim do przedziału prefektów. Spędziliśmy tam ponad godzinę, słuchając monologu wicedyrektorki i kiedy w końcu mogliśmy wyjść odetchnęłam z ulgą.
- Nareszcie - westchnęłam a na ustach Remusa pojawił się lekki uśmiech.
       Popatrzyłam na niego przez chwilę, po czym złapałam go pod ramię i zaciągnęłam do pustego przedziału rzucając zaklęcie wyciszające wokół nas. Blondyn wpatrywał się we mnie zdezorientowany, ale w odpowiedzi tylko przewróciłam oczami i popchnęłam go na siedzenie, ponieważ wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić, jeśli będzie dalej stać. Otworzyłam delikatnie okno, po czym usiadłam na podłodze na przeciw przyjaciela i popatrzyłam na niego ostro.
- No już. Mów co się dzieje - powiedziałam nie znoszącym sprzeciwu tonem.
- Co masz na myśli? - zapytał zdumiony.
- Nie oszukasz mnie Remus. Widzę że chodzisz jak na szpilkach, cały zestresowany. To nie przez pełnie. Zmęczenie i osłabienie? Owszem. Ale ta nerwowość i niepokój są do ciebie niepodobne - powiedziałam tylko patrząc mu prosto w oczy.
       Mierzyliśmy się przez chwilę spojrzeniami, jednak już po chwili Remus spuścił wzrok.
- Chodzi o chłopaków - wyznał w końcu, a ja zmarszczyłam brwi, nic nie rozumiejąc. - Nie wiem co się stało, że ich tu nie ma i trochę się martwię. Pewnie znowu wpadli w jakieś kłopoty. Znasz ich, poradzą sobie. Kłopoty to dla nich norma. Problem tylko w tym, że... Nie... Nie wiem, czy ja poradzę sobie bez nich - powiedział zrezygnowany, a ja zrozumiałam już powód nerwowości przyjaciela - Do tej pory pełnie udawało mi się przetrwać głównie dzięki nim. Zapewniali mi bezpieczeństwo i pilnowali, żebym nikogo nie skrzywdził. Nie pamiętam już nawet kiedy ostatnio, byłem sam w czasie pełni. Nawet w wakacje przyjeżdżają zawsze wtedy by towarzyszyć mi w spacerach po lesie.
- Martwisz się, że nie zdążą pojawić się w szkole przed jutrzejszą pełnią i martwisz się, że możesz kogoś skrzywdzić. To o to chodzi, prawda?
       Przez chwilę, panowała cisza, ale w końcu Remus zrezygnowany skinął głową. Westchnęłam cicho i przesunęłam się bliżej młodego wilkołaka.
- Remus - powiedziałam uspokajającym tonem - Nie denerwuj się tym tak. Jestem pewna, że bez względu na to, w jakie kłopoty się nie wpakowali, jutro z pewnością pojawią się by ci towarzyszyć w czasie pełni - powiedziałam, a na twarzy Remusa pojawił się cień uśmiechu - A jeśli nie dadzą rady, to obiecuję ci, że nie pozwolę ci zostać samemu i znajdę sposób, by towarzyszył ci ktoś, kto mógłby przypilnować bezpieczeństwa twojego i innych. Zaufaj mi, ok?
       Lunatyk patrzył na mnie przez chwilę, niepewnym wzrokiem, jednak ostatecznie uśmiechnął się w odpowiedzi i skinął głową, a po chwili wstał, najwyraźniej uważając naszą pogawędkę za zakończoną. Wyszliśmy z przedziału zdejmując przy tym zaklęcie wyciszające i udaliśmy się w kierunku naszego. Szliśmy w ciszy którą zagłuszały jedynie krzyki dobiegające z sąsiednich pomieszczeń, gdy o czymś sobie przypomniałam.
- Powiedziałeś już Ann? - zapytałam, a widząc rumieńce zażenowania na policzkach przyjaciela, nie musiałam nawet usłyszeć słów wyjaśnienia, które i tak padły mimo wszystko.
- Nie  - przyznał zawstydzony - Czekam na odpowiednią chwilę.
- Wiesz że taka nigdy nie nastąpi - oznajmiłam unosząc w zdumieniu brwi - Im szybciej jej powiesz tym lepiej dla was obojga.
- Wiem - przyznał skruszony - Ale to wcale nie jest takie łatwe.
       Skinęłam tylko głową w odpowiedzi. Miał rację, sama nie byłam pewna czy mogłabym o takim problemie komuś powiedzieć. W ciszy wróciliśmy do przedziału, gdzie przebrani już Ann i Glizdogon cierpliwie na nas czekali pogrążeni w cichej rozmowie. Jechaliśmy tak jeszcze przez kilka kolejnych godzin, gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Hogsmede. Wysiadłam razem z przyjaciółmi i wsiadłam do powozu, który ruszył chwilę po tym jak zajęliśmy miejsca. Już po kilku minutach naszym oczom ukazał się olbrzymi budynek, a z moich ust wydobyło się rozmarzone westchnienie.
- Witamy w domu - wyszeptałam, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, z którym dojechałam do bram zamku. - W domu...

-----------------------------------------------------------------------

       Od czasu mojego ostatniego wpisu na tym blogu minął już ponad rok. Wiem i bardzo was wszystkich, którzy czekaliście na ten rozdział, przepraszam. Prawda jest taka, że przez ten okres mojej nieobecności wiele się w moim życiu zmieniło. Zmieniłam się też i ja. Przez cały ten czas pisałam, poszukiwałam siebie i swojego stylu. I wreszcie go odnalazłam. Prawda jest jednak taka, że to opowiadanie, nie jest tym, co piszę aktualnie. W tej chwili piszę zupełnie inaczej. Nie zamierzam jednak nic zmieniać na tym blogu. Nie mam na to ani siły, ani cierpliwości, ani czasu. Poświęciłam temu opowiadaniu cudowny czas i nie zamierzam go porzucać. Przepraszam was jednak, jeśli rozdziały nie będą zbyt wysokich lotów. Nie chcę porzucać tej historii, ale pisanie jej tak jak teraz, będzie dla mnie trudne, gdyż to nie jest mój styl. Postaram się jednak dać z siebie wszystko i dokończyć to, co zaczęłam już kilka lat temu. Dziękuję wam wszystkim, że ze mną jesteście i proszę, trzymajcie za mnie kciuki, a z pewnością dam radę. Zrobię to chociażby dla was. Podejmę to wyzwanie ;)
Jeszcze raz przepraszam za zwłokę,
Tigra

18.09.2016

Rozdział 62 - Umieram, by żyć

Dawno nic tutaj nie opublikowałam, a wy nadal jesteście ze mną. Dziękuję z całego serca. A już szczególnie dziękuję ~luli oraz Ew. To dzięki waszym komentarzom wciąż przypominam sobie o tym blogu i bazgrzę kolejne rozdziały. Dziękuję wam bardzo. Ten rozdział jest dla was...


       Promienie słoneczne powoli przeświecały przez firanki, rzucając w pokoju złote refleksy. Jedna z maleńkich plamek światła, padła na moją twarz, opromieniając kilka rudych kosmyków. Moje szeroko otwarte zielone oczy, wpatrywały się w sufit, a głowa rozmyślała o wydarzeniach ostatniego tygodnia. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem wspominając tydzień mody, który zakończył się trzy dni temu. Od tego czasu siedziałam w domu, wyjątkowo się nudząc. Na chwilę obecną byłam w domu sama. Rodzice wyjechali na miesiąc do ciotki na wieś, a Petunia, nie chcąc ze mną przebywać przez okres ich nieobecności, wybrała się ze znajomymi nad morze. Jednym słowem, spokój i cisza. Nudy... Co prawda, wakacje były idealnym czasem na odpoczynek, jednak zbyt dużo czasu spędziłam z huncwotami by cieszyć się tą całkowitą ciszą...
       Wróciłam wspomnieniami kilka dni wcześniej, kiedy to żegnałam się z chłopakami. Tak, w końcu pogodziłam się z Jamesem. I teraz było mi dużo lżej na sercu. Zniknął ucisk z płuc, zastąpiony przyjemnym ciepłem, które pochodziło z radosnej świadomości, że mnie i Jamesa nie dzielą już żadne mury niezgody. Westchnęłam cicho, z ulgą i przyjemnością. Teraz było o wiele lepiej. Przed wyjazdem z Londynu, chłopcy obiecali, że jeszcze mnie odwiedzą. Chciałam, by nastąpiło to najszybciej jak się tylko da...
       Westchnęłam zrezygnowana, po czym zwlokłam się z łóżka i udałam się do łazienki. Po szybkiej toalecie, skierowałam się ku szafie i zmieniłam piżamę, na coś bardziej odpowiedniego, po czym wyszłam z pokoju. Zeszłam schodami na parter i skierowałam się ku kuchni. Podeszłam do lodówki zastanawiając się co zrobić sobie na śniadanie, gdy nagle dobiegł mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Zdziwiona zamknęłam lodówkę i ruszyłam w kierunku wejścia. Otworzyłam drzwi i stanęła skamieniała ze zdziwienia.
- Siemka Pyskata.
- M... Moody?
- We własnej osobie. A kogo się spodziewałaś?
- Ja... Em... No, tego... Nikogo – odpowiedziałam starając się opanować pierwsze zdumienie. – Co ty tu robisz?
- Prosiłaś mnie przecież jeszcze przed wakacjami o pomoc, nie? A dużo jeszcze nauki zostało przed nami, więc o to jestem.
       Zamrugałam po raz ostatni ze zdziwienia, po czym odsunęłam się i gestem zaprosiłam Gbura do środka. Kiedy wszedł do środka, zamknęłam za nim drzwi i ruszyłam w kierunku kuchni.
- Robię właśnie śniadanie. Przyłączysz się?
- Czemu nie – odparł wzruszając tylko ramionami i podążając za mną.
       Podeszłam do lodówki i zaczęłam wyjmować składniki. W tym czasie, Alastor usiadł przy stole na jednym z krzeseł i przyglądał mi się z uwagą.
- Więc... – zaczęłam rozmowę, krojąc kiełbasę – Co cię tu sprowadza?
- Już mówiłem co – odparł ponuro.
- Nie kłam. Znam Cię. Nie przyszedłbyś tak po prostu sam z siebie. Co jest? Dumledore kazał ci przyjść?
- Nie, to nie to...
- Więc co jest? Na pewno masz wiele ważniejszych rzeczy na głowie. Praca aurora, szpiegowanie Czarnego Pana. Co ty tu robisz?
- Jestem na... Przymusowym urlopie – przyznał niechętnie A ja zamarłam w pół ruchu.
- Że jak? – zapytałam odwracając się w kierunku Moodiego.
- To co słyszysz – walnął opryskliwie.
- Dlaczego? – zapytałam szczerze ciekawa.
- Stwierdzili coś w stylu ze ostatnio stałem się „zbyt gburowaty” i trudno ze mną wytrzymać.
       Słysząc słowa Aurora roześmiałam się głośno i stwierdziłam:
- Z tobą nigdy nie da się wytrzymać Gburze.
- Odszczekaj to Pyskata – warknął Alastor, ale ja tylko pokręciłam głowa z uśmiechem na ustach i wróciłam do krojenia kiełbasy.
- Skoro masz wolne, to w takim razie czemu nie pomagasz Zakonowi?
       Odpowiedziała mi cisza. Odwróciła się z otwartymi ze zdumienia ustami do Moodi’ego który wpatrywał się z uporem w blat stołu.
- Nie wierzę – powiedziałam – Dumbledor stwierdził dokładnie to samo!
       Cisza która zapadła była wystarczającą odpowiedzią.
- No, no... To wiele wyjaśnia - stwierdziłam odwracając się w kierunku kuchenki i wybijając jajka na patelnię. – Od kiedy masz wolne?
- Od dwóch dni – mruknął cicho.
       Pokiwałam głową, wrzucając na patelnie również kiełbasę. Na mojej twarzy pojawił się wredny uśmiech.
- Rozumiem ze odwiedzenie mnie, by się ze mną użerać i mnie uczyć jest dużo ciekawsze od siedzenia samotnie przed telewizorem, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
- Cicho bądź Pyskaczu jeden.
- Ojoj... No już Moody, nie denerwuj się tak. To żaden wstyd potrzebować czyjejś pomocy – odparłam przesadnie słodkim głosem, na co auror posłał mi nienawistne spojrzenie.
       Ja w tym czasie wyjęłam z szafki dwa talerze i włożyłam chleb do testera. Nałożyłam pokaźne kopce jajecznicy na talerze i zaniosłam je na stół, jeden z talerzy stawiając przed Moodym a drugi, na przeciwko niego. Po chwili podeszłam do kuchenki i wyjęłam z tostera upieczony chleb, po czym położyłam to na osobnym talerzyki, który następnie postawiłam na stole.
- Chcesz coś do picia? – zapytałam Gbura, który po chwili zastanowienia poprosił o herbatę.
       Przygotowałam dwie szklanki i zagotowałam wodę. Po chwili napoje były już zrobione i zaniosłam je na stół.
- Smacznego – powiedziałam zabierając się do jedzenia.
       Alastor przyglądał mi się przez chwilę, po czym sam zabrał się za posiłek. Wziął pierwszy kęs i zamarł na chwile.
- To... To jest pysznie Evans!
- Eee tam... Zwykła jajecznica.
- Co nie zmienia faktu że jest najlepszą, jaką jadłem od wielu lat.
       Uśmiechnęłam się zadowolona z komplementu. Jedliśmy przez chwilę w milczeniu po czym nagle Moody zapytał:
- To co? Chcesz poćwiczyć?
- I tak nie mam nic do roboty więc w sumie czemu by nie – odparłam lekceważąco chcąc ukryć przed Gburem fakt, jak bardzo byłam podekscytowana perspektywą dalszej nauki.
       Moody skinął głową a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Swoją drogą – kontynuowałam dialog – Jak długo jesteś już w Zakonie?
       Gbur popatrzył na mnie uważnie, mrużąc przy tym lekko oczy. Po chwili zastanowienia w końcu mi odpowiedział.
- Od jakichś pięciu lat, kiedy skończyłem Hogwart.
       Parsknęłam gwałtownie w herbatę i zaczęłam kasłać.
- Że jak?!  – wykrzyknęła zdumiona – jesteś starszy ode mnie o siedem lat?
- A co ty myślałaś? – zapytał, wpatrującuważnie mnie uważnie znad kubka z parującą herbatą.
- Em, no... Myślałam że może jesteś starszy o jakieś trzy, cztery lata – odparłam zmieszana.
- Czyżbym ci się podobał? – zapytał z filuternym uśmieszkiem na ustach.
- Co!? Nie! Afe... W życiu! – odparłam natychmiast, a Alastor głośno się roześmiał.
       To był pierwszy raz kiedy słyszałam jego śmiech. Do tej pory, w mojej obecności pozwalał sobie co najwyżej na uśmiech sympatii bądź dumy, a i to zdarzało się rzadko. Teraz wiec, gdy ukazał mi inne oblicze swojej twarzy, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Wyglądał tak odmiennie niż zazwyczaj. Radosny uśmiech rozjaśniał jego twarz odmładzając ho jeszcze bardziej. Nie wyglądał jak auror, a jak młody arystokrata w którym mogłaby się zakochać niejedna dziewczyna.
       W końcu Moody przestał się śmiać i spojrzał na mnie znów tym swoim zwyczajnym, opanowanym spojrzeniem, choć na jego ustach błagał się cień uśmiechu.
- Gburze...  – zaczęłam powoli, niepewna czy zadać pytanie które ciągnęło mi się na usta. – Czy masz dziewczynę?
       Twarz Moody’ego natychmiast spowarzniala. Jakikolwiek ślad uśmiechu czy radości zniknął z jego twarzy, przez co poczułam jak uratuje ze mnie cała radość, a poczułam jedynie smutek i wyrzuty sumienia, że widocznie zapytałam o coś, co zepsuło mu humor. A jeszcze chwilę temu wydawał się być choć trochę szczęśliwy. Zobaczyłam jak palce Alastora zaciskają się mocno na kubku, a po pokoju przetoczyła się nagła fala energii. Na kubku aurora pojawiła się rysa.
- Miałem dziewczynę – odparł cicho mężczyzna wpatrując się w stół, a ja podniosłam wzrok na jego twarz. – Oświadczyłem się jej pod koniec siódmego roku. Nadal pamiętam, jak bardzo była wtedy szczęśliwa. Rzuciła mi się na szyję, a po policzkach płynęły jej łzy. Wyszeptała mi wtedy do ucha „Tak, już zawsze będziemy razem”. W tamtym momencie, byłem najszczęśliwsza osoba na świecie. Bo nie ma nic wspanialszego niż wizja spędzenia całego życia, z osoba którą się kocha. Nie minęły dwa dni, a skończyła się szkoła. Rozstaliśmy się na dworcu. Mieliśmy się spotkać za miesiąc. Ja wyjechałem na ten czas z matką do Rumunii, a ona została w Anglii. Miała cały ten czas spędzić z przyjaciółkami na wspólnych wakacjach. Pojechały nad morze. Niecałe dwa tygodnie później zostałem, wezwany do Anglii. Miałem pomoc w identyfikacji kilku zamordowanych osób. Kiedy dotarłem do kostnicy natychmiast ja rozpoznałem. Poinformowani mnie, że zginęła w jednej z potyczek z Voldemortem, który w tamtym czasie kompletował swój zespół Śmierciożerców. Chciał ja w swoich szeregach. Była bardzo utalentowaną czarownicą. I miała dobre serce. I przypłaciła to życiem – wyszeptał.
       Widziałam na twarzy Alastora, wyraźny ból, jednak po jego twarzy nie spłynęła nawet jedna łza. Od tamtej tragedii minęło już siedem lat. Wszystkie łzy już wyschły. Wszystkie wylał już za nią. Teraz nie był już zdolny do płaczu...
       Wpatrywałam się z bólem w twarz Moodiego, gdy poczułam jak po moich policzkach spływają słone łzy. Alastor wpatrywał się pustym wzrokiem w kubek trzymany w rękach A ja po prostu nie mogłam znieść wyrazu bólu na jego twarzy. Wstałam że swojego miejsca po czym podeszłam do niego i mocno go przytuliłam. Przez jego twarz przemknął wyraz zdziwienia, ale po chwili jego mięśnie się rozluźniły i pozwolił mi wzmocnić uścisk. Trwaliśmy tak jakiś czas, puki nie poczułam ze oddech mężczyzny się uspokaja i on sam wydawał się mniej spięty. Puściłam go i usiadłam na miejscu obok.
- Przepraszam, że o to zapytałam.
- Nie martw się o to – odparł – To nic nowego. Przyzwyczaiłem się już do faktu, że nie żyje. Chyba tylko po prostu... Nadal nie mogę się pogodzić z tą myślą.
       Skinęłam powoli głową, ze zrozumieniem, po czym zapytałam:
- Czy to dlatego dołączyłeś do Zakonu? By móc walczyć z Voldemortem i pomścić jej śmierć?
       Doskonale wiedziałam, ze taki był powód  jednak powolne skiniecie Alastora tylko upewniło mnie w moich przekonaniach. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy gdy nagle mężczyzna spojrzał na moją twarz i odezwał się. Na jego twarzy dalej widoczny był ból, jednak teraz widziało w niej coś jeszcze. Coś, czego nie umiałam zidentyfikować.
- Jesteś do niej bardzo podobna – zdziwiłam się słysząc te słowa, jednak pozwoliłam Alastorowi kontynuować – Zawsze radosna i wesoła, stawiasz dobro innych na pierwszym miejscu. Tak samo jak ona. Była bardzo inteligentna i równie uzdolniona. Myślałem, ze nigdy nie spotkam nikogo tak upartego jak ona. Nie przejmowała się zdaniem innych i zawsze dążyła do celu. Miała w sobie tyle empatii... Dołączyła do Zakonu w szóstej klasie. Już wtedy Dumbledore dostrzegał jej olbrzymi potencjał. Wszyscy dostrzegali jak bardzo była wyjątkowa. Jesteś dokładnie taka sama – powiedział patrząc mi prosto w twarz.
       Wstrzymałam powietrze ale nic nie powiedziałam. Widziałam, ze to co mówi Gbur jest dla niego ważne i nie zamierzałem mu przerywać. Chciałam to usłyszeć. Chciałam go wysłuchać i zrozumieć, by móc mu pomóc.
- Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, wtedy u dyrektora, kiedy dostał aż propozycje wstąpienia do Zakonu... Nie mogłem poprzeć tego pomysłu. Zamiast Ciebie, widziałem ja sprzed wielu lat. W chwili gdy dołączyła do Zakonu. Chciałem Cię powstrzymać. Nie chciałem by sytuacja się powtórzyła... Ale nic nie mogłem poradzić. Ona się zgodziła. I ty również. Za każdym kolejnym razem gdy się spotykaliśmy, poznawałem cię coraz lepiej i coraz bardziej mi ją przypominałaś. Lili – zwrócił się do mnie poważnie. – Zrobię wszystko by nie spotkał Cię dokładnie taki sam los jak ją.
       Nie byłam w stanie wymusić z siebie ani słowa więc tylko skinęłam głową na zgodę. Przez chwilę oboje milczeliśmy siedząc obok siebie, aż po chwili przerwałam tą ciszę, zadając nurtujące mnie pytanie.
- Jak miała na imię?
- Rosalie.
       Uśmiechnęłam się lekko do Gbura, po czym zapytałam:
- Jak się poznaliscie?
       Na twarzy Alastora pojawił się szczery, choć nieco smutny uśmiech. Ale zaczął opowiadać. Opowiedział mi całą historię. A ja czekałam i uważnie słuchałam. W tym momencie poznałam zupełnie inne oblicze Moody’ego. Młodego, ambitnego mężczyzny do szaleństwa zakochanego od pierwszego wejrzenia w dziewczynie z która jechał do Hogwartu w tym samym przedziale. Na mojej twarzy przez cały czas błąkał się uśmiech i nie mogłam pozbyć się uczucia deja vu które mnie prześladowało. Jakbym znała już ta historię, choć w nieco odmiennym wydaniu.
       Kiedy Alastor skończył swoją opowieść, dochodziła już trzecia po południu. Wstałam z miejsca i zaczęłam przygotowywać obiad. Auror wstał w tym czasie i wyszedł na zewnątrz, zobaczyć ogród, dumę mojej mamy. Kiedy wrócił, posiłek był już gotowy. Zaczęliśmy jeść rozmawiając beztrosko na proste i neutralne tematy. Oboje przez cały czas błądząc myślami zupełnie gdzie indziej. Przy historii opowiedzianej przez Moody’ego. Po zjedzony posiłku zebrałam naczynia i szybko pozmywałam po czym zapytałam:
- To co teraz robimy? Jest już trochę za późno na trening, nie uważasz?
- Oj, Evans, Evans... Na trening nigdy nie jest za późno – odparł z szelmowskim uśmiechem Gbur – No chyba że się poddajesz i nie chcesz się tego nauczyć – dodał z błyskiem w oku.
       Prychnęłam oburzona.
- Oczywiście ze chcę się tego nauczyć. To gdzie będziemy trenować?
       Gbur uśmiechnął się zadowolony, po czym skinął na mnie głową i pokierować się w kierunku wyjścia.
- Chodź za mną - rzucił przez ramię, a ja z szerokim uśmiechem pobiegłam za nim.

***


Pull back the curtain come on in.
Through the stain glass windows of where I've been.
Some parts holy. Some parts dark as sin.
The time has come to take off my mask.
Watch the scars spill secrets from my past.
This freak show won't define who I am.
What I thought was all of my life story.
Turns out it was only just one page.
It's a new beginning, I have got so much left to say.
I'm dying to breath in every moment.
I'm dying to make up for lost time.
I'm dying to let go and finally feel what real love is.
I'm dying to start this whole thing over.
I'm dying to see with brand new eyes.
I'm dying to love myself enough to just forgive.

I'm dying to live



       Szłam właśnie w kierunku centrum, słuchając tej piosenki na MP3. Ostatnio dość często słuchałam mugolskiego  radia i powgrywałam na odtwarzacz kilka najlepszych utworów. „Dying to live” było jedną z najlepszych piosenek jakie usłyszałam. Pełna sprzeczności, ale piękna, z tekstem który niemal doskonale odzwierciedlał moje uczucia.
- I'm dying to live – zanuciłam cichutko pod nosem.
       Pomyślałam o Rosalie. Która, mimo że zginęła, wciąż była żywa. Pozostając w myślach ludzi, którym była bliska. Uśmiechnęłam się lekko na tę myśl. Bo mimo, ze odeszła, była tam gdzieś, daleko, wysoko nad nami. Na pewno obserwowała nas z góry i czuwała nad Moodym, chroniąc go nawet po śmierci.
       Potknęłam się o wystający z ziemi kamień i moje rozmyślania uleciały w siną dal. Szybko się pozbierałam i szłam dalej tym razem uważniej patrząc pod nogi. Kierowałam się właśnie w stronę kina, chcąc jakoś zabić otaczającą mnie zewsząd nudę. Minął już miesiąc wakacji. Wymieniałam listy z Dorcas i Ann oraz kilkukrotnie spotkałam się z Jamesem i Syriuszem, ale nie widziałam ich już od ponad tygodnia. Niemal cały tydzień spędziłam na treningach z Moodym i choć nadal nie osiągnęłam zadowalających wyników , treningi dawały rezultat. Gbur był widocznie zadowolony z moich postępów, choć starał się tego po sobie nie pokazywać. Poznałam go jednak na tyle dobrze, by wychwycić jego ledwo zauważalny dumny uśmiech, czy spojrzenie pełne satysfakcji. Mimo, ze wrócił do pracy już jakiś czas temu i miał teraz wiele spraw na głowie, w dalszym ciągu starał się mnie odwiedzać co najmniej trzy razy w tygodniu by pomóc mi w treningach. W między czasie odwiedził mnie również Shawn. Spędził u mnie dwa dni. Opowiadał o wynikach egzaminów i o tym, że drużyna Harpii zaprosiła go by wstąpił do ich drużyny, na co chłopak przystał z przyjemnością.
       Teraz jednak, szłam w kierunku kina, na jeden z najnowszych filmów z Johnym Deppem w roli głównej. Dochodziłam właśnie na miejsce, gdy nagle, tuż przede mną pojawiła się grupka dziewczyn, przez co natychmiast się zatrzymałam.  Przede mną stał najgorszy babski gang jaki kiedykolwiek spotkałam. Dziewczyny były w moim wieku, poza jedną. Emily Prevet. Chodziłam z nią do podstawówki i nigdy nie spotkałam dziewczyny równie jędzowatej jak ona.
- No, no, no... Kogo my tu mamy... Czyżby Wielka Evans wreszcie postanowiła zaszczycił nas swoją obecnością? – zapytała szyderczo Em.
       Odsunęłam się o krok i szybko rozejrzałam wokół, jednak jak na złość, nikogo nie było w zasięgu wzroku. Przełknęłam głośno ślinę po czym popatrzyłam się niepewnie na stojąca przede mną bandę dziewczyn, żałując,  że nie mam przy sobie różdżki. Choć to by i tak nie wiele zmieniło, skoro i tak nie mogłam korzystać z magii poza Hogwartem. Pozostało mi więc stać w miejscu i przyglądać się bezradnie, jak Emily powoli do mnie podchodzi.
- No, no...  Dawno się nie widziałyśmy. Ostatni raz... W piątej klasie podstawówki, prawda? Chodzą słuchy ze dostałaś się do jakiejś elitarnej szkoły. No, no... Brawo. Gratuluję. Hmmm... Tak się zastanawiam... Bardzo się zmieniłaś od kiedy ostatnio się widziałyśmy – stwierdziła, obchodząc mnie teraz dookoła i mierząc oceniającym spojrzeniem, a ja stałam skamieniała, jak zwierzę przyparte do muru.  – Muszę przyznać, że wypiękniałaś. Te rude włosy, smukła sylwetka. No i oczywiście cudowne szmaragdowe oczy. Pewnie żaden facet nie może ci się oprzeć co nie? – zapytała z drwiącym, przebiegłym uśmieszkiem który przyprawił mnie o ciarki. – Ta twoja śliczna buźka, mnie irytuje – stwierdziła, przypatrując mi się spod przymrużonych powiek.
       Zadrżałam. Dziewczyny mnie otoczyły a ja właśnie zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo byłam bezbronna bez różdżki. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zostałam otoczona i nie miałam jak uciec. Dreszcz niepokoju ponownie przeszedł mi po plecach, gdy Em sięgnęła za pasek spodni i wyciągnęła niewielki sztylet. Widząc przerażenie na mojej twarzy, roześmiała się zadowolona z efektu, jaki wywarła na swoim przeciwniku. Albo może lepiej byłoby powiedzieć, na swojej ofierze.
- No naprawdę, Evans... Nie mów mi, że boisz się takiego małego nożyka. Przecież nie zrobi ci zbyt wielkiej krzywdy – powiedziała, a po chwili się roześmiała, jakby powiedziała właśnie, jakiś wyjątkowo dobry żart. Może dla niej, to faktycznie był żart...
       Zadrżałam, gdy nóż musną mój policzek, a po chwili poczułam jak coś ciepłego skapuje mi ze świeżej rany.
- Ech... Masz piękną krew. – wyszeptała Emily – Jest taka żywa i ciepła. Ten intensywny kolor... A ta woń. Mmm... Aż człowiek ma ochotę zobaczyć jej jeszcze więcej – wyszeptała, po czym zbliżyła sztylet do żyły pulsującej na mojej szyi.
       Syknęłam cicho gdy chłodny metal przeciął mi skórę. Wpatrywałam się przerażona w otaczający mnie krąg. Puki tu byłam, nie mogłam się nawet uzdrowić. Musiałam stąd uciec. Wyrwać się z tego kręgu nim się wykrwawię. Rana na szyi pulsowała już tępym bólem, gdy krew większą stróżką wypływała z rany. Odsunęłam się od Em i przyłożyłam rękę do rany, rozglądając się gwałtownie wokół i modląc, by ktoś się tu pojawił.
- No nie wierzę... Evans... Boisz się? – zapytała Emily podchodząc do mnie o krok z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy i uniesionym na wysokość moich oczu nożem.
       Błagam. Ktokolwiek.
- Lily. Tu jesteś! Wszędzie cię szukałem! – rozległ się tuż obok rozradowany głos.
       Dziewczyny zamarły w pół ruchu, a ja odetchnęłam z ulgą dziękując w myślach swojemu wybawcy, którym był...
- Syriusz – wyszeptałam cicho, patrząc z wdzięcznością na przyjaciela.
- Wy... Wy się znacie? – zapytała zdumiona Emily.
- Oczywiście, że tak – odparł Black przechodząc pomiędzy otaczającym mnie dziewczynami i obejmując mnie w talii. – Trudno żebym jej nie znał, skoro to moja dziewczyna – dodał mrugając do mnie po huncwocku.
       Natychmiast zrozumiałam co Syriusz miał na myśli i posłałam mu rozradowany uśmiech. Dziewczyny nie odważą się mnie teraz zaatakować. Nie kiedy ktoś inny je obserwuje. A już w szczególności nie przy moim własnym chłopaku, który na pewno mnie obroni. Westchnęłam cicho, czując jak fale ulgi przetaczają się po moim ciele i mocno przytuliłam się do Blacka.
       Wokół nas zapanowało lekkie poruszenie i usłyszałam ciche szepty rozmów, które po chwili ucichły, gdy Em zmierzyła ostrym spojrzeniem swoje towarzyszki. Syriusz nie zwracał uwagi, na otaczającą nas bandę i z uwagą przypatrywał się ranom na mojej twarzy, a gdy dostrzegł, że spomiędzy przyłożonych do szyi palców wypływa krew, jego dłoń zacisnęła się w pięść.
- Idziemy – mruknął mi do ucha gniewnym tonem, po czym pociągną mnie za sobą, wyprowadzając z kręgu dziewczyn. Po chwili zatrzymał się jednak i odwrócił w kierunku moich prześladowczyń z pełnym napięcia, wściekłym wyrazem twarzy – Jeżeli to się jeszcze kiedyś powtórzy, nikt nie powstrzyma mnie od zemsty na całej waszej grupie.
       Po tych słowach, odwrócił się na pięcie i pomaszerował z powrotem w kierunku głównej ulicy, ciągnąc mnie za sobą. Kiedy zniknęliśmy za zakrętem odetchnęłam z ulgą i wreszcie się odezwałam.
- Dzięki. Jeszcze chwila, a byłoby że mną krucho.
- Nie ma sprawy Ruda – odparł z uśmiechem na ustach. – Zrobiłbym to dla Ciebie w każdej sytuacji – dodał, a ja uśmiechnęłam się słysząc te słowa.
- Tym bardziej dziękuję. Ale na razie musimy znaleźć jakąś łazienkę. Chciałabym przemyć rany, żeby nie wydało się zakażenie.
       Syriusz skinął głową i ruszyliśmy w kierunku najbliższych toalet. Trochę to porwało, ale kiedy byłam już na miejscu, szybko weszłam do łazienki, zamykając się w niej od środka, by nie mógł do niej wejść żaden nieproszony gość. Szybko stanęłam przed lustrem, a widząc ilość sączącej się z ran krwi, jęknęłam przerażona. Nienawidziłam widoku własnej krwi. Potarłam szybko łzę na nadgarstku, po czym położyłam dłoń na ranie na szyi. Kiedy ta się zasklepiła, odetchnęłam z ulgą, gdyż już zaczynało mi się kręcić w głowie od zbyt gwałtownego upływu krwi z organizmu. Po chwili, uleczyłam również ranę na policzku. Kiedy już wszystkie obrażenia zniknęły, zajęłam się zmywaniem z ciała zaschniętej krwi. Nie minęło pięć minut a byłam już gotowa. Wyszłam z łazienki i natychmiast natknęłam się na stojącego przed nią Syriusza, który uśmiechnął się radośnie na mój widok.
- Jak tam rany?
- W porządku. To były tylko powierzchowne zranienia – odpowiedziałam,  machnąwszy lekceważąco ręka.
- Skoro tak, to wracajmy  do Ciebie. Umieram z głodu – stwierdził a ja głośno się roześmiałam.
- Co ty tu robiłeś? – zapytałam, w czasie drogi, kiedy szliśmy ramie w ramie, w kierunku mojego domu.  
- Przyjechaliśmy do ciebie Błędnym Rycerzem ale ciebie nie było w domu więc postanowiliśmy cię tak na wszelki wypadek poszukać. A właśnie, tak swoją drogą nie wspominaj Jamesowi,  że podałem się za twojego chłopaka, ok? Jakby się o tym dowiedział, to chyba by mnie zabił.
       Roześmiałam się szczerze akurat w momencie, gdy dotarliśmy do mojego domu, gdzie pod drzwiami czekał już na nas James.
- Lily!  - wykrzyknął James podbiegając do mnie i mocno mnie ściskając.
- Au... Potter... Dusisz mnie – wychrypiałam.
- Wybacz Evans. Jesteś po prostu tak cudowna, że nie mogłem się powstrzymać - powiedział z szelmowskim uśmiechem na twarzy, a ja posłałam mu tylko w odpowiedzi rozbawione spojrzenie.
       Z uśmiechem na ustach podeszłam do drzwi i otworzyłam je, zapominając o nieprzyjemnym spotkaniu dzisiejszego dnia. Chłopcy weszli za mną do przedpokoju i od razu ruszyli w stronę kuchni, zajmując miejsca przy stole.
- To co dzisiaj na obiad? – zapytał wesoło Potter, a ja pokręciłam z politowaniem głową.

       To będzie długi dzień...

I'm learning how to fly with a broken wings 

-----------------------------------------------------------------------

       Jest późno, jutro szkoła więc po prostu zostawię wam tu tak ten rozdział. Jakiekolwiek literówki w pierwszej części poprawie już jutro. Zachęcam do czytania i komentowania. Wiem ze rozdział nie wysokich lotów, chyba jeden z najgorszych stylowo jaki napisałam. Przepraszam :'(
       Dziękuję za liczne komentarze i liczę na jeszcze wiele kolejnych. Pozdrawiam :-D

27.06.2016

Miniaturka #5 - Co by było, gdyby nie było tak, jak było?

- Potter... Potter! Potter, wstawaj!
- Jeszcze chwilę Regi...
- Żadną chwilę, tylko wstawaj. Teraz!
- Obudź Blacka, nie mnie.
- Już nie śpię Jaz...
- Och na Merlina. Dajcie mi jeszcze pięć minut.
- O nie! Żadnych pięć minut laska. Wstawaj!
       Po tych słowach, dziewczyna, została złapana za nogi i zrzucona z łóżka. Niemal natychmiast stanęła na nogi i groźnie popatrzyła na swoje przyjaciółki, które cicho chichotały, widząc wściekłą minę Jasminy.
- Jeszcze mnie popamiętacie - warknęła, po czym zgarnęła ciuchy i poszła do łazienki. Wzięła szybką kąpiel, umyła zęby i przejrzała się w lustrze. Krótkie, sięgające ramion, gęste, czarne włosy, nie chciały się odpowiednio ułożyć. Przejechała je kilkakrotnie szczotką, ale nie przyniosło to żadnych rezultatów. Westchnęła sfrustrowana. Jak zawsze, jej włosy robiły wszystko, co chciały i nie mogła nad nimi zapanować. Po pięciu minutach codziennej walki z nimi, poddała się i przyjrzała lepiej swojej twarzy, orzechowym oczom i tym okropnym okularom, których tak nie cierpiała. Już dawno zamierzała zamienić je na soczewki, jednak... Jednak okulary nadawały jej twarzy swoisty, nieco uroczy wygląd i jakoś nie potrafiła się z nimi rozstać. Westchnęła ponownie, po czym odwróciła się i wyszła z łazienki.
       W pokoju, czekały już na nią jej najlepsze przyjaciółki i współlokatorki. Długonoga piękność, o lśniących czarnych włosach i przebiegłym spojrzeniu czarnych oczu, której pragnął niemal każdy chłopak w szkole - Serena Black. Inteligentna, szczupła blondynka z włosami sięgającymi ramion - Regina Lupin. I ostatnia, niska, pulchniutka blond włosa dziewczyna, adorująca pod każdym względem Jasminę i Serenę - Petitta Petegriew.
- Nasza księżniczka się wreszcie wyszykowała? - zakpiła Serena.
- A owszem, Seri, wyszykowałam się - odparła z przesłodzonym uśmiechem, brązowooka okularnica, znana powszechnie jako Jasmine Potter - Idziemy? Jestem głodna jak wilk.
- I tak na pewno nie głodniejsza od Petitty - zażartowała Black, wymierzając kuksańca blond włosej przyjaciółce, która w odpowiedzi, tylko pisnęła oburzona, na co wszystkie cztery się zaśmiały.
       Na śniadanie, dotarły akurat w samą porę. Zajęły swoje miejsca i z apetytem poczęły pałaszować kolejne porcje, plotkując przy tym wesoło. Jaz szybko się jednak najadła i powoli, grzebała widelcem w jajecznicy, gdy nagle, do jej uszu dotarły ciche szepty i piski. Wiedziała, że taką reakcję mogła wywołać, tylko jedna grupka osób. Odwróciła głowę i skierowała spojrzenie ku drzwiom prowadzącym do WS, po czym westchnęła tęsknie.
- Co jest? - zapytała Serena, widząc dziwną minę koleżanki.
       W odpowiedzi Jasmina, tylko wskazała głową drzwi i teraz, już wszystkie trzy wpatrywały się w ten sam punkt z zachwytem wymalowanym na twarzach.
       W wejściu, stało trzech, najprzystojniejszych czarodziejów w całym Hogwarcie. Jednym z nich, był wysoki blondyn, o niebieskich oczach, obok których nie mogła przejść obojętnie, żadna dziewczyna - Aramis Lorens. Obok, stał postawny brunet, o pełnych ustach. Ścigający Gryffindoru, mający każdą dziewczynę, jakiej by tylko zapragnął - Danny Meadowes. I pozostał ostatni, ale nie mniej przystojny, rudowłosy chłopak o przeszywającym spojrzeniu, inteligentnych, zielonych oczu. Szukający gryfonów. I najwspanialszy facet pod słońcem, przynajmniej dla Jaz - Lucas Evans.
       Chłopcy, rozmawiając po cichu, skierowali się w kierunku stołu i zajęli swoje miejsca. Jasminie przeszła już ochota na jedzenie. Teraz jej jedynym zajęciem, było wpatrywanie się w Lucasa. W jego pełne wargi, cudowne włosy i najwspanialsze na ziemi zielone oczy. Znów westchnęła przeciągle.
- Gapisz się - usłyszała z boku głos Reginy.
- Co? Nie, wcale nie! - powiedziała natychmiast, odwracając wzrok od rudzielca i spoglądając ponownie na talerz, czemu towarzyszyły trzy wybuchy śmiechu.
- Daj spokój - powiedziała Serena - Przecież doskonale wiemy, że podoba ci się od pierwszej klasy. Z roku na rok coraz bardziej.
       Jasmine poczuła, jak na policzki wypływają jej rumieńce. Dziewczyny również to dostrzegły i zaśmiały się z jej reakcji.
- No dawaj. Zagadaj do niego - zapiszczała cichutko Petitta. - Przecież już to robiłaś.
- No tak. Ale przecież ostatnim razem dał mi jasno do zrozumienia, że ma dość tego mojego ciągłego latania za nim i prób umówienia się na randkę.
- Posłuchasz go? - zapytała unosząc wymownie brwi Serena.
       Jaz patrzyła przez chwilę na przyjaciółkę, a potem przeniosła spojrzenie, na Lucasa. Na jego piękne ciało i szmaragdowe oczy. Znała odpowiedź na zadane pytanie.
- Oczywiście, że nie - odpowiedziała z westchnieniem, po czym gwałtownie wstała od stołu i ruszyła w kierunku rudowłosego, który właśnie ruszył ku wyjściu z Wielkiej Sali - Lucas! - krzyknęła za chłopakiem, który słysząc, że go woła tylko przyspieszył.
       Dziewczyna jednak się nie zniechęciła i dogoniła go w wejściu, zagradzając drogę ucieczki.
- O co chodzi? - zapytał Lucas.
- Bo widzisz - zaczęła Jaz, odruchowo przejeżdżając palcami przez włosy, na co zielonooki tylko westchnął zniecierpliwiony - Za tydzień jest wyjście do Hogsmeade i chciałabym, żebyś poszedł ze mną.
- Nie - padła krótka odpowiedź, po czym chłopak ponownie chciał wyjść, jednak brązowooka znów zagrodziła mu drogę.
- Ale dlaczego? - jęknęła niezadowolona.
- Może dlatego, że mnie irytujesz tą swoją natarczywością - odparł ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Umów się ze mną, to odpuszczę i już więcej nie będę cię dręczyć - odparła natychmiast.
        Lucas nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy zbliżyli się Danny i Aramis.
- Hej Jaz - uśmiechnął się do dziewczyny Danny.
- Siema - odpowiedziała wpatrując się w przybyszów z nadzieją.
       Obaj zawsze ją lubili, więc istniała szansa, że przekonają Lucasa, by umówił się ze swoją adoratorką. Jednak chłopcy dostrzegli, że ich rudowłosy przyjaciel nie wygląda na zbyt szczęśliwego i zaniepokojeni popatrzyli po sobie, po czym Aramis zapytał:
- Co się stało?
- Znów chce, żebym się z nią umówił - powiedział z rezygnacją Lucas, odwracając się z niezadowoloną miną do kolegów.
       Ci spojrzeli po sobie i wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym spojrzeli psotnie na przyjaciela, który natychmiast zrobił się czujny.
- Co wy zamierzacie? - zapytał niepewnie.
- Ach, no wiesz. Nic wielkiego. Tylko jak się z nią nie umówisz, to coś jej powiemy - odparł z przebiegłym uśmieszkiem Danny.
- Ale chyba nie TO? - zapytał Lucas z szeroko otwartymi ze strachu oczami.
- Owszem. TO! - odparł z samozadowoleniem czarnowłosy.
       Lucas przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Potem w tych szmaragdowych źrenicach zapłonęły iskry gniewu.
- Zachowuj się przyzwoicie - ostrzegł czarnowłosy - Chyba, że chcesz, żeby się dowiedziała.
- O czym mam się dowiedzieć? - zapytała ze szczerym zainteresowaniem Jaz.
- No właśnie, o czym? My też chcemy wiedzieć - dodała Serena, która podeszła do nas razem z Reginą i Petittą.
- Więc jak Lucas? Mam im powiedzieć? Czy może jednak umówisz się z Jasminą? - zapytał z przebiegłym uśmieszkiem Danny.
       Rudowłosy wpatrywał się w nas wszystkich spod zmrużonych oczu przez dłuższą chwilę, ale w końcu się poddał i z westchnieniem oznajmił:
- Dobra, już dobra. Niech będzie. Umówię się z tobą Jaz - powiedział, na co szeroko uśmiechnęłam się z radości. - A teraz chcę się przejść, wiec bądźcie łaskawi dać mi chwilę spokoju - mruknął niezadowolony i udał się do wyjścia.
      Nie dane mu było jednak odejść, gdy nagle podbiegła do niego niewysoka dziewczyna, o czarnych, odrobinę przetłuszczonych włosach i ciemnych oczach, wołając:
- Cześć Lucas!
       Chłopak odwrócił się natychmiast i posłał jej miły uśmiech.
- Cześć Savanah. Co słychać?
       Jaz przyglądała się z zazdrością swojej rywalce. Doskonale wiedziała, że Savanah jest zadurzona w Lucasie niemal tak bardzo jak ona sama. W dodatku, Lucas wyglądał na dużo bardziej zadowolonego z towarzystwa ślizgonki, niż jej własnego. Fuknęła zirytowana. Nie mogła przecież pozwolić Savanah tak bezwstydnie flirtować z JEJ Lucasem. Pewnym krokiem zbliżyła się do pary i nie zwracając uwagi na czarnowłosą, zepchnęła ją biodrem na bok i stanęła przed Lucasem.
- To o której się umawiamy? - zapytała, ponownie przeczesując włosy w naturalnym odruchu, przez co Lucas ponownie zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem.
- Może być 13 - westchnął zrezygnowany.
       Jaz uśmiechnęła się zwycięzko pod nosem, ciesząc się, że wreszcie uda jej się pójść na randkę z ukochanym swoich marzeń, gdy nagle, poczuła, że ktoś odpycha ją na bok, tak że niebezpiecznie się zatoczyła, ale w ostatniej chwili, przed upadkiem uchroniły ją ramiona Lucasa.
- Ty...ty... Umówiłeś się z nią!? - wykrzyknęła przerażona Savanah.
- Jakoś tak wyszło - odparł, chłopak wzruszając ramionami.
- Ale... Dlaczego!? Przecież nawet jej nie lubisz! Po co umawiasz się z taką jędzą? Chce cie tylko zaliczyć. Nie zależy jej na tobie. To zdzira, której nawet na tobie nie zależy! - zaczęła wrzeszczeć, z histerią w głosie.
- Uspokój się  Sav... - zaczął Lucas, ale czarnooka przerwała mu w pół słowa.
- Już jej bronisz! Widzisz! Owinęła cię sobie wokół palca! To oszustka i zdzira jakich mało!
- Odszczekaj to! - krzyknęła zdenerwowana Jaz - Odszczekaj to natychmiast!
- Zmuś mnie do tego - odpowiedziała wyzywająco, ślizgonka, stając z Potterówną twarzą w twarz.
       Dziewczyny mierzyły się przez chwilę wzrokiem, po czym Jasmine rzuciła się na Savanah i uderzyła ją z liścia w twarz. Po chwili, rozpętało się piekło. Dziewczyny zaczęły się okładać pięściami, a Lucas próbował je rozdzielić. Po chwili z pomocą przyszli mu Danny i Aramis, a Serena, która przybiegła razem z nimi, zaczęła dopingować koleżankę.
- Mogłabyć być cicho - warknął na nią nieźle wkurzony Danny.
- Wybacz skarbie, ale za dobrze się bawię - odpowiedziała, czarnowłosa, przyglądając się poczynaniom swoich znajomych.
       Po kilku minutach, chłopcy w końcy rozdzielili Savanah i Jasmine, które nadal groźnie na siebie łypały. Nie minęła długa chwila, a obok nich, pojawiła się dyrektora. Była wysoką, podstarzałą kobietą, o długich, białych włosach sięgających pasa i przeszywającym spojrzeniu niebieskich, wodnistych oczu.
- Co się tu dzieje? - zapytała.
- Ech... No... One... - zaczął niepewnie Aramis, ale Lucas przerwał mu w pół słowa.
- Pobiły się, ponieważ umówiłem się z Jaz.
       Wszyscy poparzyli zdumieni na Evansa, ale dyrektorka tylko się uśmiechnęła.
- Ach ta młodzieńcza miłość. Pamiętam jeszcze okres, kiedy sama ją przeżywałam. Ach... To były wspaniałe czasy. Chociaż może profesor Miguel McGonagall mi nie odmówi, jak zaproszę go randkę. W końcu nie skończyłam jeszcze dwustu lat. Jestem jeszcze młoda. Szmat życia przede mną. Nikt nie mówił, że nie można randkować. Co prawda umawianie się z własnym pracownikiem i do tego młodszym, nie jest chyba odpowiednie. Ale jak teraz nie zaryzykuję, to niby kiedy. Taak... Zaproszę go na kolację. Hmmm... Może nawet połączoną ze śniadaniem...
       Uczniowie patrzyli, jak ich dyrektorka, Albina Dumbledore, machając na boki zgrabnym tyłeczkiem, rusza w kierunku stołu nauczycielskiego, w celu poderwania wychowawcy gryffindoru.
- To... To było dziwne - stwierdził Danny.
- Ale nawet w stylu Albiny - odparła Serena.
- No w sumie...
- Hej! Gdzie Lucas!? - wykrzyknęła Jasmine, rozglądając się na boki i szukając wzrokiem rudej czupryny.
- Pewnie wyszedł, wkurzony waszą kłótnią - odparł Aramis, patrząc ostro na dwie dziewczyny.
- Ej... Nie patrz tak na mnie! - warknęła Savanah - To ona zaczęła..
- Ja!? Jeszcze czego! To ty zaczęłaś.
- Nie. Ty!
- Ty!
- Ty!
- DOŚĆ! - krzyknął blondyn. - Właśnie dlatego sobie poszedł. Bo jesteście po prostu nieznośne! Nie dziwię się, że miał was dość.
- Pójdę go poszukać - stwierdziła Jasmine, czując ukłucie poczucia winy.
- Ok, leć. A ty wracaj do siebie - powiedział Danny, posyłając Serenie mordercze spojrzenie.
       Jaz, wyszła z Wielkiej Sali i udała się w  kierunku wyjścia. Rozglądała się niepewnie na boki, szukając zielonookiego, nigdzie go jednak nie zauważając. Dziewczyna wyszła na błonia, gdzie wreszcie go dostrzegła. Siedział samotnie na pomoście, a na jego ciało spadały kropelki deszczu. Jaz ruszyła niepewnym krokiem w stronę chłopaka, niepewna, co powinna zrobić i jak się zachować.
- Po co tu przyszłaś? - zapytał szorstko, gdy stanęła tuż za nim.
- Jaa... Ja chciałam przeprosić - odpowiedziała siadając obok niego.
- I co myślisz, że to wystarczy? - spytał, patrząc na nią spod uniesionych brwi.
- Myślę, że tak - odparła, przeczesując włosy palcami.
- Musisz to ciągle robić? - zapytał Lucas, patrząc na brązowooką ze zmarszczonymi brwiami.
- Owszem. To poprawia mój wygląd - odpowiedziała mrugając do niego.
- Tiak... Jasne... - prychnął, po czym sam przeczesał jej włosy palcami - Teraz wyglądasz dużo lepiej.
       Potter wpatrywała się zdumiona w Evansa, który przestał zwracać już na nią uwagę i wpatrywał się w taflę jeziora. Przez chwilę, siedzieli w ciszy, gdy nagle, do uszu dziewczyny dobiegło ciche westchnienie. Odwróciła głowę od jeziora, któremu się przyglądała i spojrzała w twarz Lucasa, który wpatrywał się prosto w nią. Poczuła, jak dreszcze przebiegają jej po plecach, gdy jego ręka dotknęła jej policzka.
- Nie znoszę cię - powiedział, a jej oddech na chwilę stanął - Ale mimo tego, nie mogę ci się oprzeć.
       Nim Jaz zdążyła przetrawić zasłyszane słowa, poczuła na ustach dotyk miękkich, pełnych warg. Wielokrotnie im się przyglądała. Wielokrotnie marzyła by ich zasmakować. Ale marzenia nawet w niewielkim stopniu nie oddawały prawdziwej przyjemności, którą czerpała z tego pocałunku. Nie trwało to jednak długo. Po kilku sekundach, Lucas odsunął się od niej i wstał, wsadzając niedbałym ruchem ręce do kieszeni, po czym ruszył w kierunku zamku.
- Do zobaczenia w sobotę - powiedział na odchodnym, pozostawiając mocno zarumienioną Jasmine na pomoście.
- Do zobaczenia...


---------------------------------------------------------------------------

To jak na razie jest najdziwniejsze COŚ, które do tej pory napisałam. Miało być już dawno, ale jest dopiero teraz. Niestety. Przepraszam. Mnie się osobiście bardzo podoba początek, za to końcówka już niekoniecznie. Wybaczcie. Opowiadanie miało być śmieszne, ale chyba mi nie wyszło, za co bardzo was przepraszam i liczę, że się na mnie za bardzo nie gniewacie.
Czekam na komentarze i od razu mówię, że postaram się rozdział 62 napisać jeszcze przed piątkiem, bo wtedy wyjeżdżam i nie będzie mnie przez ponad tydzień.
Pozdrowionka ;)

P.S. Tu obok macie coś, co mnie zainspirowało, do napisania tej miniaturki :D

4.06.2016

Rozdział 61 - Pozwól mi oddychać

- Wstawaj...
- Mhm...
- No dawaj! Nie bądź leniem i idź do łazienki.
- Zaraz...
- Nie zaraz, tylko teraz Zielona.
- Sekundka...
- Żadna sekundka Zielona. Wstawaj i to w tej chwili!
       Westchnęłam sfrustrowana, ale w końcu otworzyłam oczy. Powoli przekręciłam się na plecy i przeciągnęłam z głębokim ziewnięciem.
- No już! Nie ziewaj mi tu Zielona, tylko wstawaj - poganiała mnie Carmen.
       Usiadłam na łóżku i spojrzałam wilkiem na koleżankę.
- Co ty tu robisz? I czemu ściągasz mnie siłą z łóżka?
- Przypominam, że mamy rozpoczęcie Tygodnia Mody - powiedziała rozradowana złotooka - Więc dobrze by było, gdybyś łaskawie postanowiła wreszcie wstać. Ja chcę już na zakupy! - jęknęła rozmarzona.
       Patrząc na jej minę, nie byłam w stanie się nie roześmiać. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, po czym wstałam z łóżka.
- Ja idę się myć, a ty tymczasem zamów nam śniadanie do pokoju. Tak będzie szybciej.
- Już się robi Zielona - usłyszałam, dochodząc już do łazienki.
       Kiedy weszłam do łazienki, przekręciłam zamek w drzwiach. Zdjęłam piżamę i odkręciłam kurek prysznica, z którego poleciał gorący strumień wody. Weszłam ostrożnie do brodzika, uważając by się nie poślizgnąć i westchnęłam głęboko, gdy woda obmywała moje ciało. Stałam tak przez kilka minut, napawając się przyjemnym dotykiem na swojej skórze, po czym w końcu postanowiłam wyjść. Zakręciłam wodę, sięgnęłam po ręcznik i obwiązałam się nim, zauważając przy tym, że w swojej głupocie zapomniałam zabrać ze sobą ubrania.
     Westchnęłam sfrustrowana, po czym otworzyłam drzwi łazienki i podeszłam do szafy, w poszukiwaniu jakiegoś stroju. Otworzyłam oszklone drzwi garderoby i popatrzyłam na sukienki rozwieszone na wieszakach, zastanawiając się, którą najlepiej założyć, gdy nagle usłyszałam za plecami ciche, zmieszane chrząknięcie. Odwróciłam się w kierunku łóżka i zamarłam jak wryta, mocniej przyciskając mokry już ręcznik do ciała. Na moim łóżku siedziała Carmen, a tuż obok niej stał młodzieniec w wieku może około 18 lat. Sądząc po stroju, był jednym z boyów hotelowych, w czym tylko utwierdził mnie wózek z jedzeniem, który stał obok nastolatka. Młodzieniec wpatrywał się we mnie wielkimi oczami, a ja poczułam jak na policzki występują mi rumieńce, gdy zdałam sobie sprawę, że stoję przed nim, owinięta jedynie w ręcznik. Nie minęła sekunda, kiedy odwróciłam się na pięcie i czym prędzej zawróciłam do łazienki, głośno zamykając za sobą drzwi. Po chwili, oparłam się o nie i osunęłam powoli na ziemię.
       Jak mogłam się nie zorientować, że on tam był? Przecież powinnam była go usłyszeć. Fakt, kąpałam się, ale i tak powinnam była go usłyszeć, jak pukał do drzwi, bądź kiedy przejeżdżał obok łazienki. O rany... Co za upokorzenie... Miałam ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię.
- Hej, Zielona... Jesteś tam? - dobiegł mnie głos zza drzwi.
- Nie - burknęłam.
- Oj, no przestań. Przecież nic się nie stało - stwierdziła lekceważąco Carmen.
- Nic? Jak to nic!? - wykrzyknęłam oburzona - Przecież on mnie widział w samym ręczniku!
- Oj, daj spokój. Przecież nie byłaś naga.
- Ale prawie - odpowiedziałam w dalszym ciągu roztrzęsiona.
- Nawet jeśli, to nie ma się czym przejmować. Co najwyżej będziesz mogła łatwiej go poderwać - stwierdziła niedbale złotooka.
- Carmen! - krzyknęłam oburzona, czując przy okazji, jak na policzki wchodzą mi rumieńce.
- No co... To prawda - stwierdziła ze śmiechem dziewczyna.
- Jesteś okropna - jęknęłam chowając zaczerwienioną twarz w dłoniach.
- Bez przesady. A teraz otwórz drzwi, to podam ci którąś z sukienek.
       Westchnęłam cicho i wstałam z podłogi, po czym wciąż lekko roztrzęsionymi rękami uchyliłam drzwi i wyciągnęłam rękę. Po chwili, stałam przed lustrem wpatrując się w śliczną kanarkową sukienkę z brązowym paskiem, którą podała mi Carmen. Kupiłam ją w zeszłym roku na zakupach z Dorcas i Ann. Pomyślałam o tym, jak niewiele miałam wtedy problemów. Bo choć James zawsze był utrapieniem, to tymczasem stał się najczęściej prześladującą mnie w myślach osobą. A to było o wiele gorsze od ciągłego zaczepiania. Teraz nie mogłam zamknąć oczu i nie mieć przed oczami jego twarzy. Widziałam ją za każdym razem. Widziałam te piękne orzechowe tęczówki. Te pełne, tak często ukazujące białe zęby, usta. Ten specyficzny, huncwocki uśmiech...
       Potrząsnęłam głową wyrywając się tym gwałtownie z zamyślenia. Nie. Nie wolno mi o nim myśleć. Miałam odpocząć, pójść na zakupy, rozerwać się. Zapomnieć. Choć na tych parę chwil. Zapomnieć. O nim...
       Szybko się ubrałam, nie chcąc by Carmen czekała na mnie jeszcze dłużej i wyszłam z łazienki.
- Ojejku! - wykrzyknęła podekscytowana złotooka - Wyglądasz tak ślicznie!
- Dziękuję - odparłam odrobinę zawstydzona, po czym sięgnęłam do szafy w poszukiwaniu butów, które pasowałyby do mojej sukienki.
- Zjesz coś? - zapytała tymczasem Sharp.
       Odwróciłam się w jej kierunku i spojrzałam na zostawioną przez boya hotelowego tacę stojącą na stole i przełknęłam kluchę w gardle.
- Nie, dzięki. Chyba nie mam dzisiaj za bardo apetytu.
- Nie ma sprawy. To co? Gotowa? Możemy iść? Już nie mogę się doczekać, aż w końcu zaczniemy się włóczyć po tych wszystkich sklepach. Już widzę te wszystkie piękne sukienki... I bluzki...I buty... O tak... Dużo butów.
       Roześmiałam się głośno słysząc słowa Carmen, po czym założyłam brązowe sandałki i zapytałam:
- To co, idziemy?
- No jasne! - zapiszczała moja nowa koleżanka, wybiegając natychmiast z mojego pokoju na korytarz.
       Przewróciłam oczami, po czym spokojnie wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi i zabierając ze sobą po drodze pasującą do butów torebkę.
       Ruszyłam za biegnącą kilka kroków przede mną Carmen i jej radosny nastrój zaczął mi się powoli udzielać. Wyszłyśmy z hotelu i wykrzyknęłyśmy:
- Zakupy czas zacząć!
       Niemal biegiem ruszyłyśmy do najbliżej położonego sklepu. Dzisiaj w planach były tylko zakupy. Jutro pójdziemy także na pokazy mody. Ale na razie, zamierzałam kupić tyle, ile będę w stanie udźwignąć. I jak się okazało, byłam w stanie udźwignąć, naprawdę sporo. Przez cały dzień nakupowałam tyle sukienek, bluzek, spodni i wszelkiego rodzaju dupereli, jak jeszcze nigdy. A to był dopiero pierwszy dzień.
       Westchnęłam, już po raz setny stając dzisiejszego dnia przed lustrem. Tym razem, jednak już w swoim pokoju, przygotowując się do imprezy. Tiaaak... Po całym dniu zakupów i mimo bólu nóg, Carmen jakimś cudem namówiła mnie, bym poszła z nią na jedną z dyskotek, których w tym tygodniu będzie pełno. Zastanawiałam się właśnie co by na siebie założyć. Rzuciłam niebieską sukienkę, którą właśnie przymierzałam na krzesło i podeszłam do szafy. Przerzucałam ubrania w poszukiwaniu, czegoś dobrego na imprezę i już miałam wziąć do ręki kolejną sukienkę do przymiarki, gdy nagle moje spojrzenie spoczęło na delikatnym, zielonym materiale. Zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w mój świąteczny prezent od Dorcas, a przez głowę przeleciało mi pewne wspomnienie. Wspomnienie Jego twarzy. Wspomnienie najpiękniejszych na świecie orzechowych tęczówek. Wspomnienie tego przeszywającego mnie na wskroś spojrzenia. Szybko potrząsnęłam głową próbując uwolnić się od tych myśli. Jednak nic to nie dało. Przed oczami wciąż widziałam jego twarz. Oparłam się o ścianę i osunęłam się po niej powoli. Schowałam twarz w dłoniach. Dlaczego? Dlaczego nie umiem o nim zapomnieć? Po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Dlaczego wciąż o nim myślę? Czemu nie mogę wyrzucić go ze swojego umysłu? Dlaczego? Dlaczego kazałam mu odejść? Czemu go nie zatrzymałam? Dlaczego tylko patrzyłam za nim? Teraz z moich oczu płynął już cały strumień łez, a ja kuliłam się roztrzęsiona pod ścianą. Dlaczego musiałam być taką idiotką? Co powinnam teraz zrobić? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Ale wiedziałam jedno... Muszę się wziąć w garść. Ale wczorajszego wieczora, Carmen miała rację. Powinnam przestać się martwić. Powinnam skorzystać z życia i choć na chwilę obecną, przestać się przejmować.
       Podjęłam decyzję. Przetarłam oczy brzegiem sukienki, po czym wstałam i pewnym ruchem ściągnęłam z wieszaka zieloną sukienkę. Musiałam pogadać z Jamesem. Nie wiedziałam, kiedy zobaczę się z nim w najbliższym czasie, ale musiałam z nim porozmawiać. Powiedzieć mu wszystko, co leżało mi na sercu. Inaczej nigdy się nie otrząsnę. Nigdy nie pozbieram się do kupy. I nie przestanę cierpieć. I nie przestanie cierpieć on. Żałowałam, że nie chciałam porozmawiać z nim wcześniej. Może faktycznie nie byłam gotowa, jednak cierpiał dłużej niż ja. Dużo dłużej...
       Chyba oboje potrzebowaliśmy porozmawiać. Jeśli nie spotkam go przez najbliższe dwa tygodnie, napiszę do niego list z prośbą o spotkanie. Musieliśmy pogadać. Wyjaśnić sobie wszystko. Musiałam mu wszystko powiedzieć. To co czuję... Jak się czuję... A przede wszystkim go przeprosić. Byłam gotowa nawet błagać go o wybaczenie. Ale nie byłam gotowa go stracić. Nawet nie zdałam sobie sprawy z tego, kiedy stał się dla mnie taki ważny. Kiedy stał się dla mnie jak powietrze, bez którego nie mogę zaczerpnąć głębokiego tchu. Bez którego pustka w płucach ściska boleśnie całe ciało i odbiera rozum, a serce zwalnia, jakby zaraz miało przestać bić...
       Założyłam sukienkę. Zielona tkanina, leżała na mnie doskonale. Przeczesałam włosy, które spływały mi delikatnym falami na ramiona. Wyjęłam z szafy niewysokie, zielone szpileczki i założyłam je na nogi. Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam dobrze. I odważnie. BARDZO odważnie. Gdy o tym pomyślałam, na twarzy wykwitły mi ogromne rumieńce, a ja schowałam twarz w dłoniach. Fakt, miałam zamiar ruszyć do przodu a założenie tej sukienki było do tego pierwszym krokiem, ale i tak, nadal mnie to zawstydzało. Miałam jedynie nadzieję, że nie spotka na tej imprezie nikogo znajomego, bo chyba umarłabym ze wstydu na środku parkietu.
       Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- To ja, Carmen! - usłyszałam głos złotookiej.
- Wchodź, wchodź...
       Moja koleżanka weszła do mojego pokoju ubrana w śliczną, turkusową sukienkę rozkloszowaną u dołu. Jej dziesięciocentymetrowe szpilki stukały o drewnianą podłogę mojego pokoju. Shawn, spojrzała na mnie i jej twarz się rozpromieniła.
- Ojejku... - zapiszczała - Wyglądasz ślicznie!
- Właściwie, to ta sukienka nieco mnie krępuje... - przyznałam, czerwieniejąc na twarzy.
- Nie przejmuj się. Wyglądasz cudownie. Każdy facet będzie twój - stwierdziła z szerokim uśmiechem, łechtając przy tym odrobinę moje ego. - To co? Idziemy? - zapytała jak zawsze radośnie.
- Idziemy...

***

Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego...


- James! Pospiesz się!
- Niby po co? - mruknąłem niezadowolony.
- Bo się spóźnimy i wszystkie laski będą już miały z kim tańczyć! - odparł oburzony moją głupotą Syriusz.
- Po co my tam w ogóle idziemy? Nie chcę tam iść - mruknąłem niezadowolony.
- Oj, no przestań narzekać. Zachowujesz się tak już od kilku dni. Idziemy się rozerwać i potańczyć, żebyś choć na chwilę się rozchmurzył i zapomniał - odparł Łapa idąc dalej przed siebie.
- Nie zapomnę - powiedziałem pod nosem.
       Wiedziałem dlaczego to zrobił. Od czasu kłótni, chodziłem nie swój, z nosem opuszczonym na kwintę, zamartwiając się, wyrzucając sobie głupotę i cierpiąc, jak jeszcze nigdy wcześniej. Chłopaki próbowali zrobić wszystko, by poprawić mi samopoczucie, jednak nic nie pomagało. Ostatecznie, przed siedzeniem w domu i użalaniem się nad sobą, wybawił mnie Syriusz, który siłą zaciągnął mnie do Londynu, na Tydzień Mody. Wiem, że zrobił to przede wszystkim dla mnie. By mnie czymś zająć i oderwać moje myśli od Lily. Prawda była jednak taka, że bez względu co robił, nie był wstanie mi pomóc. Bo moje serce stanęło. Bo moje serce przestało bić. I poruszyć mógł je tylko dostarczony prosto do niego tlen. MÓJ tlen. Lily...
       Czułem się, jakby mój umysł zanikał. Jakby odbierano mi resztki zdrowego rozsądku. Miałem wrażenie że wariuję. Ja, mój mózg, moje ciało. Ale serce stało w bezruchu, puste i zimne, całkowicie zdrętwiałe i jakby niezdolne do odczuwania jakichkolwiek uczuć. Jakby było kompletnie puste...
- James... Pobudka... Ziemia do Jamesa! Jesteś jeszcze ze mną?
- Co? - zapytałem zdziwiony, podnosząc głowę i spoglądając nieprzytomnym spojrzeniem na stojącego przede mną Łapę - A tak, tak, jestem. Sorka, trochę odleciałem...
- Właśnie zauważyłem - stwierdził zmartwiony Syriusz, ale nie skomentował mojego zachowania, za co byłem mu wdzięczny. - To jak? - zapytał - Gotowy na imprezę?
- Nie - przyznałem szczerze, patrząc na wejście do klubu.
- No trudno - stwierdził mój kumpel, po czym pociągną mnie za sobą i wepchnął na siłę do klubu.
       Do moich uszu dotarła głośna muzyka. Kolorowe światła, rzucały cienie na twarze ludzi. Tłum ciał, zlewał się w jeden szalejący organizm. Wpatrywałem się w tańczące sylwetki. Dziewczyny szalejące po całym parkiecie i podrywające każdego faceta, który tylko godny był ich uwagi. Żałosne. Ruszyłem w kierunku baru, a zaraz za mną podążył Syriusz. Usiadłem na stołku i zwróciłem się twarzą w kierunku tłumu.
- I co ty na to!? - wrzasnął mi Łapa do ucha - Idziemy zaszaleć!?
- Sorka stary. Nie mam nastroju na imprezowanie - odpowiedziałem.
       Syriusz przewrócił tylko oczami. Widziałem, że ma ochotę wyjść na parkiet i oczarować tabuny dziewczyn w klubie, jednak mimo tego, tylko zrobił minę mówiącą "Czemu mi to robisz?" i usiadł na stołku obok. Uśmiechnąłem się mimowolnie.To był prawdziwy przyjaciel.
       Wpatrywałem się w ludzi najbliżej mnie, w czasie, gdy wzrok mojego kumpla przeczesywał całą szerokość sali. Byłem na tyle zamyślony, że nie zauważyłem, jak przez jego twarz przebiegł wyraz zdziwienia, który po chwili został zastąpiony szerokim uśmiechem. Poczułem jak szturcha mnie lekko w rękę, więc odwróciłem się w jego stronę.
- Jesteś pewien, że nie masz ochoty zatańczyć z jakąś dziewczyną? - zapytał mnie, a na jego twarzy wykwitł huncwocki uśmiech.
- Nie - mruknąłem. Powinienem zwrócić uwagę na ten uśmiech, jednak w aktualnym nastroju, jakoś nie bardzo się tym przejmowałem.
- Jesteś pewien? Bo tańczy tam naprawdę zjawiskowa rudowłosa dziewczyna... Wiesz... Mógłbyś ją poprosić do tańca, skoro kręcą cię rude, nie?
- Sory brachu, ale nie dzisiaj - odparłem nawet nie patrząc w kierunku, który wskazywał Syri.
- A nie będziesz miał nic przeciwko, że z nią zatańczę? - zapytał, dalej szczerząc się do mnie tym swoim uśmiechem.
- Dorcas nie będzie zazdrosna? - zapytałem, marszcząc lekko brwi.
- Oj no już nie przesadzaj. Nie idę tam przecież flirtować z lakami, tylko potańczyć i się zabawić. Więc... Jesteś pewien, że mogę z nią zatańczyć? Żeby potem nie było, nie oddam ci jej później do tańca, jasne?
- Idź... - mruknąłem.
       Syriusz, jakby tylko czekał na te słowa, bo zeskoczył ze stołka i mrugając do mnie na odchodnym, szybko zniknął w poruszającym się tłumie. Odwróciłem się w stronę baru i zamówiłem bezalkoholowego drinka. Kiedy barman postawił przede mną szklankę, przyjrzałem się jej uważnie. Zielony sok, na dole szklanki przepływał między kostkami lodu i nieco wyżej łączył się z czerwono-pomarańczowym płynem. Prychnąłem niezadowolony pod nosem. Czemu nawet drink, musi mi ją przypominać? Gniewnym ruchem odsunąłem od siebie szklankę i odwróciłem się twarzą w kierunku tłumu, opierając łokcie, na blacie z tyłu. Wpatrywałem się obojętnym wzrokiem, w tańczących ludzi, poszukując wzrokiem przyjaciela. Dojrzałem, go jak tańczył, obejmując w tali jakąś rudowłosą dziewczynę. Patrzyłem, na jej zgrabną figurę i śliczne, połyskujące w świetle reflektorów włosy. Poczułem, jak wokół mojego serca zaciskają się żelazne pręty, a w płucach brakuje tlenu. Była taka podobna to Niej. Potrzebowałem Jej. Potrzebowałem by móc zacząć oddychać. Potrzebowałem, bo właśnie zaczynałem się dusić...
      Nagle do moich płuc, przedostał się tak dawno zagubiony tlen. Ledwie niewielka dawka, jednak wystarczyła, by moje serce uderzyło głucho w moją klatkę piersiową. Moje nogi, samoistnie, zaczęły się poruszać, tak, że nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem iść. Przepychałem się między tłumem spoconych od szaleńczej zabawy ciał, nie zwracając na to jednak uwagi. Spojrzenie miałem utkwione dużo dalej. Moje oczy spoglądały na rudowłosą osóbkę, a umysł próbował zrozumieć, czemu wcześniej jej nie rozpoznał. Bo te włosy i twarz, poznałbym wszędzie. Nawet sukienka, którą miała na sobie, była mi znana. Miała ją na sobie tego świątecznego poranka, kiedy wpadliśmy do jej pokoju. Wyglądała w niej pięknie. Zupełnie jak anioł, brakowało jej tylko skrzydeł.
       Z każdym kolejnym krokiem, do moich płuc, przedostawało się coraz więcej tlenu, a serce, zaczynało bić szybciej. Ludzie stojący mi na drodze spowalniali moją podróż tak, że miałem wrażenie, iż zanim dotarłem na miejsce, minęła już cała wieczność. Moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem Syriusza. Nie musiałem nic mówić. Wiedział. I mimo poprzednich gorących zapewnień, nie czekał nawet chwili. Obrócił swoją partnerkę i już po chwili, trzymałem ją mocno w ramionach, bojąc się, że jeśli poluzuję uścisk, ona ucieknie. Syriusz, powoli odszedł gdzieś na bok, zagłębiając się w tłum ludzi, a ja patrzyłem tylko na nią. Uniosła głowę do góry i nasze oczy się spotkały. Nabrała głęboko powietrza w płuca, jakby zaskoczona, że w ogóle może to zrobić. Rozumiałem ją. Wreszcie mogłem oddychać.
- James... - wyszeptała, ale nie pozwoliłem jej dokończyć myśli.
       Wziąłem jej twarz w ręce i przytknąłem swoje czoło, do jej czoła, upajając się tą bliskością. Poczułem, jak jej oddech się normuje i automatycznie się do niego dostosowałem. Poczułem jak jej szczupłe dłonie zaciskają się na moim karku, przyciągając moje czoło do swojego jeszcze bliżej. Oboje tego potrzebowaliśmy. Potrzebowaliśmy siebie nawzajem.
- James... - ponownie zaczęła, ale znów jej przerwałem.
- Nic nie mów. Po prostu daj mi oddychać.
- Moje powietrze... - wyszeptała.
- Mój tlen... - wyszeptałem.

Koniec psot...



-------------------------------------------------------------

Ech...
Naładowałam za dużo scen, które ostentacyjnie mówią o tym, że Lily kocha Jamesa. Ale tak szybko się jeszcze nie spikną, jasne? Nie myślcie sobie. Ale już wcześniej zauważyliście że się przyznaje, że go kocha. Teraz już będzie głównie słodko i uroczo, choć trochę sobie jeszcze na pocałunek poczekacie. Na razie rozwinę ich uczucie raczej w wymiar mentalny niż fizyczny, wiec mimo wszystko, musicie jeszcze poczekać. Ale i tak będzie słodko :D
Ok, skoro już to powiedziałam, to teraz przeproszę, że rozdziału nie było od dawien dawna, a ten zapewne nie jest wystarczająco dobry by wynagrodzić wam moją nieobecność, za co was przepraszam. Ogólnie bardzo, bardzo, BARDZO was przepraszam, ale okoliczności życiowe... Sami rozumiecie. A teraz jeszcze mam depresję. Nie, nie chodzi mi o tą poważną chorobę, tylko o chwilowy ponury nastrój. Po prostu. Tak bywa i już. Przepraszam was jeszcze że rozdział taki krótki i chaotyczny, ale niestety nie bardzo wiem co z tym zrobić :/ Początek mi się nie podoba ale chyba później jestem nawet zadowolona :)
No dobra, nie przeciągam już. Mam nadzieję, że mimo wszystkich wad, których jest dużo, rozdział was usatysfakcjonował i proszę o liczne, komentarze, które zapewne i tak nie wszyscy zostawicie, ale byłoby dobrze wiedzieć, kto jeszcze tutaj pozostał i kto to jeszcze czyta.
Pozdrawiam was, wasza stęskniona i skruszona Tigra...